Poniedziałkowy targ / Monday market

Witamy w raju. Miejscu rozkoszy każdego łakomczucha, admiratora dobrych smaków, kucharzy i gospodyń domowych. Miejscu kolorów, zapachów, hałasu i prawdziwej ekscytacji. W poniedziałki targ oficjalnie jest zamknięty, co w Indiach oznacza, że jest otwarty ;) To właśnie w poniedziałki na głównej ulicy w naszej okolicy rozstawiają się stragany z taką ilością owoców i warzyw, że trudno ogarnąć wszystko wzrokiem. W mój pierwszy poniedziałek na targu byłam tak zajęta rozglądaniem się dookoła, że nawet nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Ostatnio udało mi się zrobić kilka ale byłam zbyt zajęta próbowaniem owoców, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Custard apple jest moim absolutnym faworytem. Targ rozstawia się po południu ale najbardziej opłaca się pójść na zakupy o godzinie 22, bo wtedy produkty są tańsze, a wybór wciąż ogromny. Kupicie tu również ubrania i buty, ale są słabej jakości i szkoda zawracać sobie nimi głowę. Sprzedawcy przekrzykują się nawzajem, nawołując do kupienia ich produktów. Jest to jeden, nieprzerwany natłok słów, krzyku i ulicznej wrzawy.

Zaczynamy od wszelkiej maści ziaren, ryżów i fasoli. O kolorach i kształtach o jakich możecie sobie tylko zamarzyć. Pół kilograma fasolki mung, kilogram cieciorki, dwa kilogramy ryżu basmati. Kiedy torba jest pełna i ciężka - szukamy ziół. Fenungreek, kolendra, szczypiorek, szpinak i wiele więcej. Nigdy nie lubiłam świeżej kolendry, jej zapach przyprawiał mnie o mdłości. Doceniłam ją dopiero tutaj, w Indiach. Zwłaszcza, że kolendrę dodaje się do wielu dań. Pachnie oszałamiająco. Jak najlepsze perfumy. To jest trochę jak z daniami, których nie znosimy w dzieciństwie, a zaczynają nam smakować kiedy dorastamy. (Buraki!!) Kolendra z dnia na dzień została moją przyjaciółką. Zawsze proszę o więcej.

Nareszcie nadchodzi pora by znaleźć warzywa i owoce na nadchodzący tydzień. Indie to kraj ziemniaka i cebuli (w sumie jak Polska, prawda?) je się ich dużo każdego dnia. Kupujemy też marchewki, kalafiory, białe rzodkiewki, bakłażany, bitter gourd (nawet po przygotowaniu jest gorzki, ale intensywny i w sumie przyjemny w smaku - jedna z ciekawszych rzeczy, które ostatnio próbowałam), pomidory (również bardzo popularne), papryki, jabłka, pomarańcze, banany, papaje, guawy i wiele wiele wiele więcej. Można brać wszystko jak popadnie lub użyć wyobraźni. W każdym bądź razie po wizycie na targu żaden posiłek nie może być nudny. Nie z taką ilością wspaniałych produktów.

A kiedy już, zupełnie zmęczeni i obciążeni kilogramami pysznych roślin wracamy do domu (kilka metrów od nas dzieje się to wszystko!!!) zatrzymujemy się przy straganie z moim ukochanym jalebi. Pierwszy, gorący jeszcze, kawałek natychmiast wpycham do ust. Kolejny zjadamy spacerując, a następny w domu. I czuję się jak w niebie. Tyle radości w jeden poniedziałkowy wieczór. Witamy w raju. Zapraszamy na targ.

A Wy macie swoje ulubione miejsca, w których zaopatrujecie się w zieleninę?

(Irrakuri)


 custard apple
 guawa

 bitter gourd and some roots


jalebi <3

Welcome to paradise. Place of pleasure for every greedy eater, food lover, cook and houswife. Place of colours, smell, noise and real excitement. On Monday the local  market is officialy close, but in India it means the opposite,that its open. On Monday on the main street in our neigbourhood stalls are set up with a lot of veggies and fruits that its difficult to embrace it by vision. On my first visit to Monday market I was so busy looking around that I didn't click any picture. Last Monday I took some but again, I was too busy tasting fruits I never saw in my life. Custard apple is my favourite now! Market starts in the afternoon but its better to go there at 10pm because products are cheaper but the same good quality. You can also buy shoes and clothes but quality is not good so its not worth bothering your head. Sellers scream loudly calling to buy there stuff. Its one big accumulation of words, scream and street noise.

We started with seeds, rices and beans. With all colours and shapes you can dream of. Half kg of moong beans, one kg chickpea, two kg basmati rice. When bag is full and heavy we started looking for herbs. Fenungreek, coriander, dill, spinach and much more. I never liked fresh coriander, this smell made me feel sick. I appreciate this herb here, in India because people mix it in a lot of dishes. And now its smells amazing for me. Like the best perfume. Its a little like with dishes we hate in childhood but start to admire it when we grow up. Coriander suddenly become my best friend. I always want more.

Now its time for veggies and fruits for next week. India is a country of potato and onion (like Poland, right?) people consume it a lot every day. We also picked carrots, cauliflower, radish, eggplant, bitter gourd (even after its cooked its still bitter but its one of the most interesting things i tried in last weeks), tomatoes (also very popular here), bell peppers, capsicum, apples, oranges, bananas, papayas, guavas and many many more. You can get everything just like that or use you imagination. Anyways any dish you prepare will not be boring. Not with that many products you can get.

And finally, when we are tired with heavy bags of kilos of beautiful fresh plants we are going back home (only several meters from our house!!!)with ! but first a quick stop at the jalebi stall. My favourite sweet on the planet. First, still hot, piece I quickly gobble in my mouth. Second we ate while we were walking,and  rest at home. And I feel like I am in heaven.Such a joyous Monday evening, Welcome to paradise. Welcome to the Monday market.


And what about you Guys? Do you have your faourite place where you buy greens?

Pod wodą / Under water

Przez ostatnie kilka dni czuję się jak pod wodą. Wszystko widzę niewyraźnie jakby woda zaburzała moją percepcję i sprawiała, że jestem głucha. Jednocześnie jestem jak gąbka, chłonę wszystko z taką intensywnością jakbym za chwilę znów miała zniknąć z tej rzeczywistości.

Abhi zaczął niedawno nową pracę, nie miał więc żadnego urlopu. Oznaczało to, że niemal natychmiast musieliśmy wskoczyć w nową rutynę. Kiedy on idzie do pracy, ja zostaję w domu z jego mamą i uczę się otoczenia. Rozglądam się, pytam, czasem milczę, bo nie wiem co powiedzieć.
Czuję się jak ryba wyrzucona na ląd, bo kiedy patrzę w telewizor nie rozumiem zupełnie nic. Kiedy przychodzi do nas sąsiadka nie mam pojęcia o czym mówi dopóki nie zacznie mówić bezpośrednio do mnie po angielsku. Już chyba cały świat wie jaki jest mój ulubiony przysmak, bo sąsiadka niemal codziennie pyta mnie czy jadłam dzisiaj golgappas. Jestem jak pupilek, którego się ogląda i głaszcze po głowie.

W domu jest też pies, i to niemały. Zwierzę, którego zawsze panicznie się bałam teraz zostało moim towarzyszem. Caesar przychodzi czasem do mnie i nadstawia głowę do głaskania i zastanawiam się co on sobie myśli w tej swojej psiej głowie. Pewnie coś w stylu : o to ta pani która ciągle mnie drapie! Jak mam go nie drapać kiedy patrzy na mnie tymi swoimi mądrymi, dużymi oczami?

Mieszkamy w okolicy, w której jestem chyba jedynym obcokrajowcem, a jednak ludzie nie zwracają na mnie szczególnej uwagi. Zerkną czasem ukradkiem i wracają do swoich spraw. Pierwszego dnia moja Teściowa zabrała mnie na spacer, a później kazała ją prowadzić z powrotem, żeby sprawdzić czy pamiętam drogę. W poniedziałek sama poszłam do świątyni zanieść chapati krowom.
Każdego dnia rano (a właściwie po południu) odprowadzając Abhiego do bramy idę kilka kroków dalej. Poszerzam swoje granice. Może Wam się to wydać śmieszne, ale Indie to nie Europa, panują tutaj trochę inne zasady. Poza tym wszystko tutaj jest dla mnie totalnie nowe. Nie czuję tutaj żadnego zagrożenia, jednak sam fakt, że w hindi znam jedynie kilkanaście słów sprawia, że wolę poruszać się ostrożnie. Jednak sukcesywnie buduję moją niezależność.

I tylko od rana się zastanawiam co zjeść, co ugotować, co zrobić na śniadanie, a jakie polskie dania przyrządzić w przyszłości. I mówię mojej Teściowej o tym, że ja się skupić nie mogę, że ja tylko o jedzeniu, a ona się śmieje i mówi: jesteś teraz w punjabskim domu, to zupełnie naturalne! Skoro tak, to idę sprawdzić co mamy w lodówce.

(Irrakuri)

Książę Caesar czeka na drapanie / Prince Caesar waiting for scratching
Jeśli przyjrzycie się uważnie zobaczycie na skuterze trzy osoby ;) / If you look carefuly you will see three person on the scuter ;)

From the past couple of days I feel like I am under water. I see everything faintly like water impaired my perception and made me deaf. At the same time I'm like a sponge, I soak up everything with so much intensity like in a moment that I would dissapear from this reality again.

Abhi started his new job recenly, so he has no vacation from his work. Its means that we almost immediately had to jump in to new routine. When he is gone to work, I stay at home with his Mum and learn about the surroundings. I look around, asking, sometimes stay quiet because I don't know what to say.

I feel like a fish stranded on dry land, because when I watch tv I don't understand nothing. When the  neighbors visit us I totally don't know what she is talking about before she start talking strictly to me in english. And I think, all world know what my favourite snack is because this auntie almost everyday asking me if I ate golgappas today. Im like a puppy who people watching and a pat on the head.

At home we also have a dog. Not a small one. Animals, I was always  scared like crazy from them but now its my daily company. Caesar comes to me  sometimes  and turns his head to get a caress and I wonder what he is thinking in his doggy mind. Maybe something like : Oh! This is this lady who is scratching me all the time! But how could I not scratch him when he looks at me  with his big, smart eyes?

We are living in neighbourhood when I'm possibly a only one foreginer, but fortunately people don't stare at me too much.They Look sometimes stelathily and go back to their routine. At first day my Mother-in law took me for a walk and after that told me to go back home, when she will go behind to check if I remembered the way. On Monday I went alone to the temple to put some chapati for cows. Every morning (afternoon actually) when I walk Abhi to the gate I walk several steps more. Im widenng my limits. Maybe for you it seems funny, but its not. India is not  Europe, rules here are different. Plus everything here is totaly new for me. I don't feel danger here, but the fact that I know only couple words in hindi  I prefer to behave cautiously. But I gradually building my independence.

And only from the morning I'm thinking what to eat, what to make on breakfast, or what polish dishes cook soon. And I'm telling my mother-in-law that I can't focus about nothing else and she is laughing and telling me : You are in punjabi house now! It's normal! If yes, so I'm going to check what we have in the fridge...

Review - Boombox Brewstreet -The next level of having fun. /Recenzja - Boombox Brewstreet - wyższy poziom dobrej zabawy.

Day after my arrival in New Delhi we decided to celebrate our final reunion. This time I came to India not only for holidays, not only for a couple of days but I came here to live and tame reality.

We didn't see each other for three long months. Weeks of longing, sadness, tense and stress because of fights with incompetet officials. It was obvious that after all these things we need to relax and just be happy together before facing new challenges (move to family house, work and new everyday rituals). Even when I was still in Poland Abhi found cafe, which brews there own beer : Molecule. Next to the drinks, menu promises really exciting food. So of course we really wanted go there.

When we arrived, we kissed the handle because in Molecule at this time was hosting a private party, which should have finished in the next hour. We are not people who give up so easly so we decided to wait in a different cafe, two levels higher. Cafe, who also brews their special beer. Boombox Brewstreet in Gurgaon. You should remember this name!

First what we noticed was the great decor with Edison lights and music bands pictures on the walls (we sat next to the The Beatles, because this day Abhi had shoes with them!). Design is made very carefully here, with eye to details. Boombox staff was wearing t-shirts with music bands on their back. Our favourite is The Doors. This  you should know if you follow us on Instagram or Facebook surely know why ;)

In the beggining we had samples of three kinds of beer in small glases. Wheat, dark and Boombox Spl - brewed here, in place. About wheat I can't write because I don't like this kind of beer so I can't appreciate it. It was very light in colour, almost white, little cloudy. But I'm sure, fans of wheat beer would like it. The dark brew beer has chocolate and liquorice. Sounds nice right? For those of you, who don't like liquorice don't worry - you won't feel it much in its taste. But the dark beer became our favourite . Totally surprised because often dark beers are very intense and heavy in taste that its hard to drink more than one mug. This dark beer from Boombox was totally different, light and refreshing in nice flavour! We ordered 1,5 liter for 375 INR (around 23 zloty).

Quickly we forgot that we planned go anywhere else. Actually you have to use strength to move us off from there! Besides beer, staff is amazing! It super important because not only menu is important in restaurants, but staff creates a great atmosphere too. Boys were helpful, patience, advised, suggested and waited. Big respect! And then it turned out that the manager of this place knew Abhi from the time when he worked for Hard Rock Cafe. World is very small!

After our first mug of beer it was time for food. Oh boy! We got for try amuse bouche (tiny one spoon dish served in restaurants before starter). It was deconstructed chaat (curd and tamarind chutney) sered on old iron with dry ice inside which makes a spectacular impression. You can see it on pictures. Amuse bouche was delicious, for me it tastes a little like golggapas. After that we ate kohliwada chicken with masala onion and it was probably the best onion mash we ever ate. Seriously! After that keema naan pizza. O Jeeeezzzzz! I can eat it, and eat and eat...And these dishes are not only little explosions of taste but they are served in its original, nice way. Its not just food served on some plate. Food needs to be served nicely, as we know people eat not only from their mouth but also from their eyes and senses.

Great decor + good beer + delicious food + helpful and smiling staff = next level of fun. This is a recipe for a very good evening, and Boombox gave us all of that. We can't wait to go there again, because we know what is waiting for us there. And we are sure we never have a bad experience there. By accident we found an amazing place to celebrate our final reunion. Great job Boombox! Hi five!

Special thanks to Gyan our server, Mr.Yadav who assisted us later and Paras the manager!

You must visit this place : 
SCO 53, 1st Floor, Main Market, Sector 29, Gurgaon

(A&J)














Dzień po moim przylocie do New Delhi postanowiliśmy z Abhim uczcić nasze spotkanie. Tym razem przyleciałam do Indii nie na wakacje, nie na kilkanaście dni ale po tym by tutaj żyć i oswajać niesamowitąrzeczywistość

Nie widzieliśmy się trzy długie miesiące. Tygodnie pełne tęsknoty, smutku, napięcia i stresu związanego z załatwianiem dokumentów i walką z nieprofesjonalnymi urzędnikami. Oczywiste było, że chcemy się zrelaksować, odprężyć i nacieszyć sobą przed kolejnymi wyzwaniami (przeprowadzka do rodzinnego domu, praca i nowe codzienne rytuały). Jeszcze kiedy byliśmy w Polsce Abhi znalazł pub, który wytwarza własne piwo : Molecule. Poza piwem menu obiecywało prawdziwie ekscytacje dla podniebienia. Nie mogliśmy się doczekać żeby tam pójść. 

Od razu pocałowaliśmy klamkę, bo w Molecule trwała impreza zamknięta, która miała się skończyć za godzinę. Nie jesteśmy ludźmi, którzy łatwo się poddają, więc postanowiliśmy poczekać w pubie znajdującym się dwa piętra wyżej. Pubu, który również wytwarza swoje własne piwo. Boombox Brewstreet w Gurgaon. Zapamiętajcie tę nazwę!

Pierwsze rzeczy, które rzuciły nam się w oczy był świetny wystrój tego miejsca, z żarówkami Edisona czy zdjęciami grup muzycznych (usiedliśmy koło ściany z The Beatles, w sam raz idealnie do butów Abhiego, które miał na nogach tego dnia), i dbałością o najmniejsze szczegóły. Pracownicy Boombox noszą koszulki z podobiznami artystów na plecach. Nasza ulubiona to The Doors. Ci z Was, którzy śledzą nas na Instagramie lub Facebooku, na pewno wiedzą dlaczego ;)

Na dzień dobry dostaliśmy trzy małe szklaneczki z piwami do spróbowania. Pszeniczne, ciemne i Boombox Special - wytwarzane na miejscu. O pszenicznym nie będę pisać ponieważ nie lubię tego rodzaju piwa i nie potrafię go docenić. Było bardzo jasne niemal białe, lekko mętne, podejrzewam że fanom pszenicznego piwa przypadłoby do gustu. Piwo wytwarzane na miejscu to Boombox Special, którego jednym ze składników jest czekolada i lukrecja. Brzmi nieźle co? Dla tych, którzy nie znoszą lukrecji - nie obawiajcie się, nie jest jakoś specjalnie wyczuwalna. Naszym faworytem zostało jednak ciemne piwo. Totalna niespodzianka, ponieważ ciemne piwa są często bardzo intensywne i ciężkie w smaku, tak że trudno jest wypić więcej niż jeden kufel. Ciemne piwo z Boomboxa jest lekkie, orzeźwiające i o bardzo przyjemnym, nieprzytłaczającym smaku. Zamówiliśmy dzban, 1,5 litra za 375 INR (ok 23 złote).

Zapomnieliśmy, że w ogóle mieliśmy iść gdziekolwiek. Właściwie siłą ciężko byłoby nas stamtąd wyciągnąć. Poza piwem, obsługa jest niesamowita, co jest ważne. bo nie tylko menu ale i obsługa tworzy klimat miejsca. Chłopaki byli pomocni, cierpliwi, doradzali, proponowali, czekali. Wielki szacun! Okazało się też, że świat jest bardzo mały ponieważ manager tego miejsca zna Abhiego z czasów kiedy pracował dla Hard Rock Cafe. 

Po pierwszym kuflu piwa przyszła pora na jedzenie. I to jakie! Dostaliśmy na spróbowanie amuse bouche (maleńkie danie, na jedną łyżkę, które restauracje serwują przed przystawką). Była to dekonstrukcja chaat (jogurt i chutney z tamaryndowca) podany na starym żelazku, do którego włożono suchy lód co robiło super wrażenie. Zresztą zobaczcie na zdjęciu. Sam amuse bouche był pyszny, smakował trochę jak golgappas. Poza tym jedliśmy kurczaka (kohliwada chicken i masala onion) i była to najlepsza cebula jaką jedliśmy. Serio. Do tego keema naan pizza. O rany! Mogłabym to jeść i jeść i jeść. Poza absolutnie eksplodującym wszystkie zmysły smakiem dania są oryginalnie i  ciekawie podane. Jedzenie nie jest byle jak rzucone na talerze, wszystko ma należytą oprawę. A jak wiadomo jemy również oczami, nikt nie ma ochoty na nieapetycznie wyglądającą papkę na talerzu. 

Świetny wystrój + dobre piwo + genialne jedzenie + pomocna i uśmiechnięta obsługa = wyższy poziom dobrej zabawy. To jest nasz przepis na udany wieczór, i to zapewnił nam Boombox Brewstreet. Nie możemy się doczekać, żeby pójść tam znowu, bo wiemy co nas czeka. Na pewno nie wyjdziemy stamtąd smutni. Przez przypadek uczciliśmy nasze spotkanie w najlepszym z możliwych miejsc. Dobra robota Boombox! Spisaliście się na piątkę!

Obowiązkowy punkt na mapie :
SCO 53, 1st Floor, Main Market, Sector 29, Gurgaon

(A&J)

ROZDZIAŁ 1, DZIEŃ 1. / CHAPTER 1, DAY 1.

Moje nowe życie zaczęło się jak zwykle. Z poślizgiem. Chyba pora przywyknąć, że każda moja podróż do Delhi to mały wybuch wulkanu. Całe szczęście był to ostatni raz kiedy podróżowałam sama. Po nieprzespanej nocy, cały poranek spędziłam z zamkniętymi oczami. Szybki prysznic, pakowanie ostatnich drobiazgów. Zapomniałam o woku, Mama mnie zabije. Wstałam dużo wcześniej, żeby z niczym się nie śpieszyć, jakbym przewidziała co czeka mnie później.

Warszawa w ten niedzielny poranek była cicha i mroźna. Tak ją zapamiętam. Bez tłumu, bez zgiełku, bez niepotrzebnego zamieszania. Krótkie pożegnanie z Siostrą i zniknęłam w rozległej paszczy lotniska. Usiadłam na podłodze i uświadomiłam sobie, że właśnie tego dokonaliśmy. Przetrwaliśmy długie miesiące i spełniliśmy swoje marzenie. Możemy być razem, możemy wziąć ślub i planować wspólną przyszłość.

Do czasu kiedy okazało się, że mój samolot jest opóźniony przez koszmarną pogodę w Moskwie. Nic dziwnego, powiecie. Takie rzeczy się zdarzają. Jasne. Pomijając fakt, że niecałe półtorej godziny na pokonanie dwóch ogromnych terminali to dobry czas. Kiedy czasu ubywa sytuacja zaczyna być nerwowa. Panowie z obsługi poinformowali mnie, że nie mam się czym martwić. W razie czego jest drugi lot o 19:40, na który zostanę przebukowana jeśli na pierwszy nie zdążę. Ale ja nie chciałam lecieć o 19:40. Ja chciałam już i teraz. Poza tym co można robić na lotnisku w Moskwie przez 4 godziny w stresie i złości, że to nie tak miało być?

W końcu ruszyliśmy. Zamiast o 10, czterdzieści minut później. Planowany przylot : 15:00. Samolot do Delhi startował o 15:20. Podobno miał być opóźniony, ale cholera wie co się w tej Rosji dzieje. W samolocie od ściśniętego żołądka przeszłam w stan letargu i rezygnacji. Zaczęłam planować co będę robiła na lotnisku. Miałam w kieszeni trochę rosyjskich rubli, więc musiałam mądrze rozplanować wydatki (na wódkę i słodycze oczywiście). ALE! Wylądowaliśmy o 14:30 co na nowo wzbudziło moje nadzieje. Lotnisko było zasypane śniegiem, ale wszystkie loty ruszały o czasie!!! Jednak co znaczy dystans i czas dla zakochanej kobiety? Zarzuciłam na plecy 10-kilogramowy plecak (tak, na maxa wykorzystałam lotniskowe limity) i 5-kilogramową torebkę i rzuciłam się w pogoń. Nie tylko z czasem, ale ze swoimi słabościami. Z minuty na minutę traciłam siły, ledwie podnosiłam nogi, schody były prawdziwą torturą. Motywował mnie mężczyzna czekający na mnie w Indiach i para z walizkami biegnąca za mną. Przecież nie mogłam zostać w tyle? Nigdy nie byłam tak spocona, moja twarz nigdy nie była tak czerwona, a mięśnie nóg i pleców tak napięte. Pomyślałam sobie, że jeśli maraton Iron Man jest jeszcze cięższy to zawodnicy tego wydarzenia są szaleńcami. Lub zwyczajnie moja kondycja jest do dupy.

Dystans, który przespacerowałabym w 30 minut, pokonałam w 15. Prawie wyplułam płuca ale zdążyłam na samolot, który nie był opóźniony ani o minutę. Usiadłam w swoim fotelu i współczułam mojemu współpasażerowi, że będzie musiał mnie wąchać tyle godzin. Na szczęście bardzo twardo zasnął (znieczulenie?), a ja po raz pierwszy od dawna miałam przyjemność z czytania książki ("Filary ziemi" Ken Follet). Trochę sobie popłakałam ze zmęczenia i ze szczęścia, trochę pospałam śniąc o tym co nas czeka.

I tak dotarłam o czasie do Delhi. A tam, kiedy w końcu dorwałam moje bagaże, czekał na mnie ON. Przytulił mnie mocno, tak jak chciałam. Jego twarz cała rozpromieniła się w uśmiechu. Jak mawia moja Mama : gdyby nie uszy, śmiałby się dookoła głowy. I z serca spadł mi wielki kamień. Zaczęła się nowa rzeczywistość i poszukiwania bankomatu z gotówką. Dla tych co nie wiedzą, co dzieje się w Indiach : http://indianexpress.com/article/india/india-news-india/rs-500-and-rs-1000-declared-illegal-full-statement-of-the-governments-decision-4364850/

Ale to nieważne, nie teraz. Tylko te oczy, te dłonie, ten śmiech mają teraz znaczenie. Tak właśnie skończył się pierwszy dzień naszego prawdziwego życia. Teraz możemy zacząć być. Tu i teraz.

(Irrakuri)




My new life starts like usual. With sleeping. I guess, its time to get used to this, that my every travel to India must be like a small volcanic eruption. But luckily, it was last time when I'm travelled alone. After sleepless nights, all morning I spent with closed eyes. Quick shower, packing last things. I forgot about work, my Mom would kill me. I woke up very early to not hurry up. Like I felt that I need rest before this crazy day.

Warsaw this sunday morning was quiet and frozen. And that I will remember it. Without crowd, noise, unnecesary fuss. Short goodbye with Sister and I disappeared in big  jaws of the airport . I sat on the floor and realized that we did it. We survived long months and let our dreams come true. We finally can be together. We can get married and start planning our future together.

By that time when I noticed that my flight is late because of the awful weather in Moscow. Nothing weird, you can say. Things like that happens. Of course! Skipping that fact, lest that hour and a half to overcome the distance of two huge terminals is quite enough. But when you have less then that, situation can be pretty nervous. Airport staff told me not to be worried because I have next flight at 19:40 and in case I will be late, I can go this airplane. But I never wanted to travel at 19:40. I wanted to board here and now! Otherwise what will I do at the airport in Moscow for 4 hours? In stress and anger, with a thought that its supossed be like that!

Finally, we moved. Not at 10 am, but 40 minutes later. Planned arrival : 15:00. Flight to Delhi should move at 15:20. It's Possible that this flight can be late too, but who knows what is going on in Russia? In the airplane I went from compressed stomach to lethargy and resignation. Then I started to plan what I will do with free time. I had in my pocket some russian rubles, so I should plan how smartly to spend them (on vodka and sweets of course!). BUT! We landed at 14:30 so my hope was reborn. Airport was all in snow but of course all airplanes started on time. But what is distance and time for love and a desperate woman? I hung my 10 kg backpack on my back plus 5 kg bag and started to run. It was my pursuit not only with time but also with my weakness. I lose strength from minute to minute, I bearly could lift my feet, stairs was like a huge torture. My motivation was my Man waiting for me in India, and couple withsuitcases running behind me. I couldn't be worst than them right? I never was that sweaty, my face never was that red, and legs muscles that tense. I thought that as if  I was in the Iron Man competition, then competitors must be crazy! Or my condition sucks.

Distance, normally I can walk peacefully in 30 minutes, I ran in 15. I almost spat my lungs out but I could reach the airplane, which wasn't late even for one minute. I sat on my chair and felt very sorry for my fellow passengers,because he will have to smell me all the way ;) Fortunately he felt asleep (anesthesia?), and I for the first time after long weeks had a pleasure from reading a book ("The pillars of the earth" Ken Follet). I cried a little because of tiredness, and slept a little dreamed about how close is our future.

And that I reached to Delhi. And there, when I finally had my baggage, waited HIM. He huged me that tight I needed. Smile put sunshines on his face. My Mom always tells me : If not a ears he would have smile around his face. Then i dropped a huge stone from my heart. New reality is to start searching for ATM with cash. Info for people who don't know what's going on in India : http://indianexpress.com/article/india/india-news-india/rs-500-and-rs-1000-declared-illegal-full-statement-of-the-governments-decision-4364850/


But its not important. Not now. Important is only those eyes, hands, smile. Only this is what matters . So thats how it looked and finished our first day of our real life. Now we can live. Here and now.

Jutro / Tommorow

Wiele rzeczy wydarzy się jutro.
Wiele nowych historii zaczniemy kreować wspólnie.
Jutro spędzę kilka godzin w chmurach, tak jak lubię najbardziej. I znów poplamię palce atramentem. Ale najpierw po raz ostatni spojrzę przez gocławskie okno.
Jutro odetchnę nowym, a już tak bardzo znanym powietrzem. Znów będę się zastanawiać czy ludzie obok, rozmawiają o zwyczajnych sprawach czy za chwilę dojdzie do bójki. Bo Hindusi nawet kiedy są spokojni, krzyczą.
Jutro zamknę moje dwie walizki i wpuszczę w otchłań czarnej taśmy. Stłoczone w jednym miejscu rzeczy, gromadzone przez lata, zabiorę w podróż życia.
Jutro znów poczuję pod palcami jego miękkie włosy, gładką i ciepłą skórę. Wyczuję lekki zapach perfum i pomady.
Jutro utonę w uścisku tak mocnym, że aż zabraknie mi tchu, i w końcu poczuję na ustach smak jego warg i dobrych słów.
Jutro usłyszę śmiech i będę płakać z żołądkiem ściśniętym ze wzruszenia. Tak bardzo te trzy miesiące dały mi w kość, i tak wiele mnie nauczyły.
Jutro będzie nowy dzień, który da mi ukojenie. I miłość za którą tęsknię, którą znam od tysiącleci, która daje mi czystą radość i pobudza zmysły.
Jutro będę sobą. I jutro będzie On.

(Irrakuri)


There are a lot of things planned for tommorow.
A lot of new stories we start to create together.
Tommorow I will spend several hours in the clouds, which I like the most. And again ink stain my fingers. But first I look out the window from my rented room for the last time.
Tommorow I will breathe like the very first time the air which is known to me. Again starting to wonder if people next to me only talk about usual stuff or will fight soon. Because Hindu people even if they are calm they are screaming.
Tommorow I will shut my two suitcases and put them into the darkness of the airport tape. Crowded together in one place the things accumulated over the years, I'll take to the trip of a lifetime.
Tommorow I will again feel under my fingers his soft hair, smooth and warm skin. The smell of his parfume and hair pomade. 
Tommorow I'll be drawn in and will hug that strong that it will take my breath away from me and finally will feel on my lips the taste of his lips and good words.
Tommorow I'll hear laughter and will cries with emotion. So much that the last three months were so tough and they taught me a lot too. 
Tommorow will be a new day, which will give me solace. And love, for which I miss so much, and knew from thousand years, which givs me pure joy and stimulate the senses. 
Tommorow I finally will be myself. And tommorow I will have Him. 

Ostatnie dni / Last days

To moje ostatnie dni w Polsce. Ostatnie dni rozłąki i tęsknoty. Nie mogę uwierzyć, że czas obchodzi się z nami tak łagodnie i płynie szybciej niż się tego spodziewałam. Pamiętam dzień wylotu z Indii, płakałam wtedy tak jakby jutra miało nie być. Płakałam, tak że brakowało mi tchu. Kiedy Abhi pocałował mnie i przytulił po raz ostatni byłam przekonana, że nie przetrwam tych pięciu miesięcy (wtedy mieliśmy trochę inne plany).  Przez chwilę nawet nie chciało mi się wstawać z łóżka, moje życie straciło sens, bo mój Ukochany mieszka 6000 kilometrów ode mnie.

I właśnie wtedy zdecydowaliśmy, że nie chcemy tyle czekać. My wiemy, że jesteśmy dla siebie stworzeni i chcemy być małżeństwem, bo właśnie to jest nam pisane. Jakby było nam przeznaczone się spotkać i stworzyć wspólnie rodzinę. Dlatego z pięciu miesięcy rozłąki zrobiły się trzy. I chociaż wciąż nie brzmiało to dobrze, bo 90 dni wydawało się wiecznością to postanowiliśmy to przetrwać.

I nagle z trzech miesięcy zrobiły się trzy dni. Odliczamy je z niecierpliwością dziecka czekającego na Świętego Mikołaja. Abhi przygotowuje nasze miejsce do życia, ja zamykam sprawy. Zwolniłam się z pracy, powiadomiłam właścicielkę mieszkania o wyprowadzce, porozmawiałam z Mamą i Siostrą. I poczułam ulgę. Poczułam się wolna. Po ośmiu latach pracy, która wykańcza mnie rutyną, po 9 latach w Warszawie, która nigdy nie była mi przyjazna, czuję jakbym nareszcie wracała do domu.

I nagle wszystko okazało się piękniejsze. Wracam do domu przez Park Skaryszewski i wszystko mi się podoba. Widok z oddali na Pałac Kultury i Nauki, jezioro, drzewa i kolory liści. Żegnam się więc z szarymi chodnikami, obdrapanymi murami, poszarzałą trawą i czuję akceptację w każdym podmuchu wiatru. Choć tak naprawdę nie potrzebuję jej, bo mam akceptację w sobie. Idę więc do domu, który już niedługo będzie domem kogoś innego i robię zdjęcia. By pokazać je Abhiemu, ale też żeby zatrzymać wspomnienia. Żeby mieć dla siebie kawałek tego, co było w jakiś sposób moje przez tyle lat. Żegnam się, bo wiem, że nie na zawsze. Żegnam się, bo wiem, że za kilka dni utonę w ramionach ukochanego mężczyzny, który jest mi przeznaczony. Człowieka, z którym chcę spędzić więcej niż jedno życie. Mojej Połowy.

(Irrakuri)




These are my last days in Poland. Last days of separation and longing. I can't belive that time treats us so gently and flows faster that I expected. I remember the day when i left India, I cried like crazy. I cried that much that I couldn't breath. When Abhi kissed me and hugged me for the last time I was sure i can't survive those 5 month separately (then we had different plans). I had a moment when I couldn't wake up from the bed, my life lost sense because my beloved Man was living 6000 km away from me.

And then we decided that we don't want to wait so long. We know that we are made for each other and we want to get married because its written for us in heaven. It was written for us to meet and create a family together. Thats why we cancelled 5 months and made it to three. It still doesn't sound good because 90 days is like forever but we decided to survive it.

And suddenly 3 months turned in 3 days. We were counting them like an impatient kid waiting for Santa Clause. Abhi preparing our place to live, I am closing my things. I quit my job, spoke to the landlord about my vacating the house, talked with Mum and Sister. And I felt relief. I felt freedom. After 8 years in job with a wearing routine, after 9 years in Warsaw which never was friendly to me I finally felt like I am back home.


And suddenly everything became more beautiful. Im going back to home thru Skaryszewski Park and I like everything. View of Palace on the Science and Culture, lake, trees and leaves falling on the ground. I bid adieu to the gray sidewalks, shabby walls, old grass and i felt the acceptance in every wind blow. But actually I don't need acceptation, because I have it inside me. So, I am walking home and taking pictures. To show them to Abhi, and to keep memories. To have with me pieces of things which are mine a little and for all these years. I say my goodbye and know it's not forever. I say my goodbye  because I know that in couple of days I will drown myself in arms of my beloved man, who is my destiny. Man with whom I want to spend even more than one life. My Half.

Polska - Miejsca / Poland - Places.

To już prawie koniec odliczania do naszego spotkania (5 dni!!!). Tym razem lecę do New Delhi na dłużej. Może na stałe. Może na zawsze. Bardzo dużo planujemy, rozmawiamy o przyszłości, marzymy. Jedno czego jesteśmy pewni, to że chcemy być razem. Nieważne na jakim kontynencie, w jakim kraju, w jakim mieście. Ważne abyśmy naszą podróż przez życie odbyli razem. Na chwilę obecną marzy nam się Polska, więc wieczorami często zastanawiam się gdzie chciałabym zabrać Abhiego, które miejsca mu pokazać. A jest tego dużo, i każdego dnia wpadam na kolejny pomysł.

Abhi nigdy nie był w Europie, ale inne kraje odkładam na dalszy plan. Polska ma tyle wspaniałych miejsc, że nie wiem ile miesięcy będziemy potrzebować, by to wszystko zobaczyć. Najpierw moje ulubione, a później te, których sama nigdy nie widziałam.

- Chcę go zabrać do Kazimierza Dolnego. Jednego z moich miejsc na ziemi. Małego miasteczka na wschodzie Polski, leżącego nad piękną rzeką Wisłą. Miasteczka, w którym nie istnieje nuda nawet kiedy jest cicho i spokojnie. Miasteczka wąwozów, kamieniołomów, drzew i śpiewu ptaków. Miasteczka, w którym odbywają się wspaniałe festiwale (Kazimiernikejszyn) i (Dwa Brzegi). Miasteczka, w którym oddycha się pełną piersią.

- Zaraz później będzie Trójmiasto, ale najbardziej Gdańsk, bo mam tu rodzinę i cudowne Dziewczyny, z którymi można konie kraść. Chcę pojechać nad morze i w końcu wypić szampana na plaży. Chcę pomilczeć na Mariackiej i wypić dobre piwo w Józefku. Chcę zjeść śniadanie z ciocią i wujkiem, a później śmiać się cały dzień. Gdańsk to miasto, w którym chce się chcieć. Gdańsk to miasto, o którym napiszemy przewodnik po najlepszych knajpach na świecie.

- Warszawa, to miejsce do którego mam mieszane uczucia. Nigdy nie byłam tu szczęśliwa, przytłacza mnie ludzka zawiść i nietolerancja tego miejsca. Ale są też rzeczy, które warto zobaczyć. Parki, w których dobrze jest usiąść na trawie. Historia, którą trzeba poznać, a nawet powietrze, którym miło jest pooddychać.

- Biała Podlaska, moje rodzinne miasto, które chyba zawsze będzie dla mnie tym najwspanialszym na świecie. Tutaj się urodziłam, wychowałam. Tutaj pokochałam książki, dzięki Mamie, którą widywałam i widuję czytająca niemal cały czas. Tutaj łowiłam ryby z Tatą i kłóciłam się z siostrą. To tutaj słuchałam głośnej muzyki i pisałam poezję. Tutaj stałam się tym kim jestem.

- Jednak są też miejsca, które znam mniej lub wcale. W Toruniu byłam tylko dwa razy, i to zdecydowanie za mało. Chcę pójść do planetarium i zjeść kilogram piernika. Chcę zobaczyć z Abhim Kraków i Zakopane i Wieliczkę i Bieszczady i Puszczę Białowieską i Wrocław i Hel i zamki i pola i łąki. I wiem, że będzie nam tu dobrze i mam nadzieję, że Abhiemu spodobają się wszystkie te miejsca i wspólnie będziemy czerpali radość z wycieczek, które już powoli dla nas planuję. Może ulepimy wspólnie bałwana, i z przemoczonymi od śniegu stopami wypijemy wspólnie gorącą czekoladę i tak właśnie będzie nam najlepiej. Nieważne gdzie, byle razem.

***

Jakie miejsca w Polsce Waszym zdaniem warto zobaczyć, co zwiedzić, gdzie pojechać?

(Irrakuri)






Countdown to our final reunion is almost over (5 days, yayy!). This time I am going to New Delhi for long. Maybe permanent. Maybe forever. We are planning a lot, talking about our future, dreams. Only one thing that we are 💯% sure is that we want be together. No matter on which continent, in which country or city. Its important for us to make this life journey together. For now we dream about Poland, so in the evenings I am thinking where i want to take Abhi, what places to show him. Its a lot of them, and every day I have new ideas.

Abhi was never in Europe, but other countries are not that important for now. Poland has so many amazing places that I myself don't know how much time we will need to see all of that!  So first it will be my favourites, next those which I've never seen in my life.

- I want take Abhi to Kazimierz Dolny. One of my faourite places on Earth. Small town on the East Poland, situated on the beautiful Wisla river. Town, when boredom doesn't exist even when its calm and quiet there. Town of ravines, quarries, trees and singing birds. Town with amazing festivals (Kazimiernikejszyn) and (Two Riversides Festival). Town where you can breathe deeply.

- After that I will take him to the Tricity on the Nothern Poland. But the most important to Gdansk, because I have my family there and great people. I want to go by the sea and finally drink champagne on the beach. I want indulge in a bit of silence on Marciacka Street and drink beer in Jozef K. pub. I want to eat breakfast with uncle and aunt and laugh a lot all day. Gdansk is a city where you just want to be, and about which we will write about the best guide about amazing restaurants and pubs. For sure.

- Warsaw is a place about which I have mixed feelings. I think, I never was truly happy here, I don't like human envy, and intolerance of this city. But here are also places worth to see. Parks, where its good to sit for a while. History is good to know, and even air is nice to breath in.

- Biala Podlaska, my hometown, which probably will always be the best for me. Here I was born and raised. Here i fell in love with books, because of Mum who I saw reading all the time. Here I went fishing with my Dad, and argued with Sister. Here i listened very loud music and wrote poetry. Here I became the person who I am now.

- But also in Poland there are places I know less or not at all. In Torun I visited only twice and its definetly too less! I want go to the planetarium and eat kilo of gingerbread! I want see with Abhi Krakow and Zakopane and Wieliczka and Bieszczady and Bialowieza Forest and Wroclaw and Hel and castels and fields and meadows. And I know we will feel great here and Abhi will love all of this places and we will have so much fun on all these trips Im planning to make. Maybe we will make a snowman together and with cold and wet feet we will go drink hot chocolate and it will be the best. Never mind where, but together.

***

What places in Poland in your opinion is worth to see, what to visit, where to go?

Dwie walizki. / Two suitcases.

Kiedy moja Mam zabrała do siebie samochód pełen moich rzeczy, a nie była do nawet ćwierć tego co mam uświadomiłam sobie, że pora zacząć powoli się pakować. Lecę liniami lotniczymi Aeroflot, które pozwalają mi zabrać dwie walizki (23 kg każda) i jeden bagaż podręczny (do 10 kg). Zatem muszę spakować swoje życie w dwie walizki...

Największym problemem są moje książki. Nie sądziłam, że w ciągu ostatnich 9 lat życia w Warszawie zgromadziłam ich tak wiele! Mama zabrała ze sobą całkiem sporo, dużo już sprzedałam, a one wciąż wychodzą jakby ze ścian, jakby teleportowały się do mojego pokoju z innych planet. Nie mogę zabrać ze sobą wszystkich ulubionych książek, ponieważ nie starczyłoby mi miejsca na nic innego (nie mówiąc już o limicie kilogramów), poza tym gdzie zmieszczę moje buty? ;)

Każdy dzień przybliża mnie do życia z moim ukochanym mężczyzną i jestem z tego powodu szczęśliwa i podekscytowana. Nie mogę się doczekać przyszłości, którą niedługo wspólnie zaczniemy kreować. Na 100%, bez skypa, bez telefonu, za to z poranną herbatą i pocałunkiem.

Rozglądam się po pokoju, który wynajmuję i wcale nie jest mi szkoda go zostawić. Powoli zapełnia się pudełkami, a pudełka książkami, płytami, filmami na DVD, zbyt ciepłymi ubraniami (nawet na indyjską zimę), butami i masą rzeczy, które nie będą mi potrzebne w Indiach ale które tworzą mnie. W każdym z tych przedmiotów zostawiam trochę uczucia, czułości, radości. Trochę śmiechu i łez.

Otwieram moje dwie walizki i decyduję, które wspomnienia zabieram ze sobą, a które muszą poczekać na nas. Które przedmioty zawiozę do nowego domu, a które bez żalu zostawię w moim domu rodzinnym. Moje dwie walizki z chęcią przyjmą wszystko, waga patrzy na mnie surowo i przypomina o zasadach. Siadam na podłodze i rozdzielam gromadzone przez lata rzeczy. Robię miejsce, na nowe.

(Irrakuri)





When my Mum got her whole car filled with my stuff to her house, and it wasn't even quarter of things I have, I realized that its time to start packing myself. I am going to India an Aeroflot airlines, so it means that I can get two suitcases with me (23 kg each) and one hand luggage (max 10 kg). So, I must pack my life in these two suitcases...

The biggest challenge is to pack all my books. I never thought that after 9 years living in Warsaw I collected so many of them! Gave my Mum some and sold some, but I still see my books appearing from the walls or something. They are maybe teleporting to my room from some other planet or dimension. Or from some other reality. I can't get all my favourite books with me, because I will have no space for other things (don't say about kg limits). Otherwise I will need a lot of space for my shoes too ;)

Each day brings me closer to the life with my beloved Man and I am sooooo happy because of that. I can't wait for our future we start create very soon. In 100%, without Skype, without phone, but with morning tea and kiss.

I am looking around in my room and I don't feel sorry to vacate it. Slowly this room will fill with boxes with books, CDs, DVDs, to warm clothes ( even for New Delhi's winter), shoes and so many things I will not need in India but they define me. In all these objects I left a bit of my love, tenderness, joy. Some laughter and tears. I am opening my two suitcases and can decide which memories I want take with me, and which must wait for us. Which items I will bring into my new home, and which I leave in my family home. My two suitcases accept everything with pleasure , but weight looks at me sternly and reminds about the rules. So I am sitting on the floor and separating things accumulated over the years. I am making space for new.

Inny kraj. / Another country.

Od zawsze marzyłam o tym, żeby podróżować. Wpatrywałam się w zdjęcia z całego świata niczym przysłowiowa sroka w gnat. Jednak zawsze brakowało mi odwagi by ruszyć się gdziekolwiek poza już dobrze znane mi (i kochane) miejsca. Dopiero miłość popchnęła mnie do spakowania walizki i wyruszenia w świat bez zastanawiania się, bez wahania i bez strachu. Jedynym moim lękiem było "co jeśli nie spodobam się Abhiemu na lotnisku i będziemy musieli spędzić razem całe 10 dni?". Ale nawet te wątpliwości minęły kiedy siedziałam już w samolocie. Czułam, jakbym jechała do siebie.

Nigdy nie zapomnę pierwszego podmuchu gorącego powietrza prosto w moją twarz, kiedy zmęczona ale szczęśliwa wyszłam z lotniska na terminal. Już wtedy, pierwszego wieczoru, w pierwszych minutach mojego pobytu w Indiach zaczęłam chłonąć wszystko jak gąbka. Musiałam dzielić swoją uwagę pomiędzy cudowną miłość, a podekscytowanie wszystkim co nowe. A w Indiach wszystko jest nowe. New Delhi jest tak różne od Warszawy, że ciężko ogarnąć to umysłem. Wszystko jest tu inne. Ludzie, ulice, chodniki, sklepy, powietrze, jedzenie, szkoły, domy, hotele, prysznice...dosłownie wszystko! I to jest cudowne!

Już podczas mojej pierwszej wizyty w Indiach wiedziałam, że to jest właśnie to co chcę robić. Podróżować. Zwiedzać świat by zobaczyć inne miasta, kraje, poznać inne kultury, móc doświadczyć na swojej skórze najwięcej jak tylko zdołam. W dodatku mam u boku doskonałego kompana. Podróżowaliśmy z Abhim do małego miasteczka na wschód od New Delhi. Pięć godzin pociągiem i ponad dwie godziny samochodem. Za klimatyzację w tym pociągu robiły wiatraki, ale siedzenia chociaż stare były wygodne, co chwilę korytarzem przechodzili sprzedawcy jedzenia. Generalnie żyć, nie umierać. Żyć i podróżować.

I nagle okazuje się, że ten zupełnie nowy kraj będzie teraz moim domem i to nowe doświadczenie sprawia, że jestem podekscytowana i nie mogę doczekać się przyszłości. W Indiach jest tak wiele miejsc, które warto zobaczyć, tak wiele miast i miasteczek, które warto odwiedzić, że nie wiem czy starczy nam na to czasu. A jeszcze przecież są inne kraje, inne kontynenty do odkrycia!
Od zawsze marzyłam o tym, żeby podróżować. Jednak nigdy nie sądziłam, że zupełnie inny kraj stanie się moim drugim domem i to w innym kraju założę rodzinę i będę planować swoją przyszłość. Zupełnie nie wiem gdzie się zestarzejemy, nie wiem gdzie rzuci nas los ale przyjmę wszystko co nam podaruje. Każdy INNY KRAJ.

(Irrakuri)


 New Delhi
 Railway station
 Road to Kashipur

I've always dreamed about travelling. I looked at pictures from the whole world like the proverbial pie in the bone. But I always was too scared to go anywhere besides my known (and dear) places. It was until love pushed me to pack a suitcase and go into the world without hesitation and without any fear. My only one dread was "What if Abhi will not like me when he see me for the first time at the airport and then we will have to spend 10 days together?". But even those doubts are gone when i was in the airplane. I just felt like I am coming to my own place.

I will never forget the first blast of hot air strictly onto my face when I ,tired but happy stepped out from airport to the terminal. Already my first evening, in first few minutes of my travel to India I began to soak up everything like a sponge. I have to share my attention between wonderful love and excitement about everything which was new for me. New Delhi is so different than Warsaw! Its hard to comprehend things in mind. Everything here is different. People, streets, shops, air, food, schools, houses, hotels, showers...literally everything! And it is so amazing!

So already at my first trip in India I knew that it is something I wanted to do. Travel. Exploring the world to see other cities, countries, knew new cultures, could experience on my own as much as I can. In addition, I have by my side a wonderful travel companion. We traveled Abhi and to small town east from New Delhi. Five hours by train and more than two hours by car. Fans and air condition in the train, seats were old but comfy, all the time somebody came in selling delicious food or snacks. It was great! Its like life, and not death. And travel!

And suddenly it turned out that this country will become my new home and these new experiences make me extremely excited and I can't wait for what future brings me. There are so many places in India worth seeing, so many cities and towns worth visiting, I don't even know if we will have that much time to travel all around! There are also other countries and other continents to explore!

I've always dreamed about travelling. But never thought that one day another country will become my second home and that I will create my family there and will plan my future . I totally don't know where we will get old, I do not know where fortune will throw us but I will accept everything we donate. Each and every other country. 

Tęsknota / Longing

Poranny telefon to nasz rytuał. Nawet jeśli jest to pięć minut nie możemy funkcjonować bez "dzień dobry" zaraz po przebudzeniu. Różnica czasowa ( + 3,5h lub +4,5h w Indiach w zależności od pory roku), okazała się nie być żadnym problemem. Chociaż to Abhi musi się poświęcać i często chodzi spać bardzo późno. Mierzymy się z tym, bo wiemy, że jest to tylko tymczasowa sytuacja i już niedługo będziemy budzić się i zasypiać o tej samej porze. No, prawie. Ja zawsze zasypiam pierwsza. A właściwie padam nieprzytomna tam gdzie siedzę ;)

Dzisiaj rano, kiedy Abhi zadzwonił żeby życzyć mi miłego dnia, w tle usłyszałam okrzyk mężczyzny. Bardzo charakterystyczny należący prawdopodobnie do ulicznego sprzedawcy owoców lub warzyw, zachęcający ludzi do robienia zakupów. Co ciekawe, nieważne w której części Delhi jesteśmy mam wrażenie, że głos każdego ulicznego sprzedawcy brzmi dokładnie tak samo. Kiedy usłyszałam ten okrzyk ogarnęła mnie tak duża tęsknota, że nie mogłam się z niej otrząsnąć przez kilka godzin. Okazało się, że tęsknię nie tylko za moim Narzeczonym, ale również za Indiami.

Cały dzień czułam na twarzy ciepło indyjskiego słońca, zapach jedzenia ze straganów. Słyszałam krzyki ludzi i uliczny hałas. Coś co nigdy nie umiera, dźwięk klaksonów i rowerowych dzwonków. Dźwięk New Delhi. Zawsze powtarzam, że tam na ulicach, nawet jeśli jesteś jedynym samochodem na drodze to i tak trąbisz. Jakby to była jakaś reguła, jakby Hindusi urodzili się z dodatkowym genem trąbienia we krwi.

Tęsknię nie tylko za naszymi wspólnymi, leniwymi porankami ale za tym momentem w ciągu dnia, kiedy po raz pierwszy wychodzimy z klimatyzowanego pomieszczenia na dwór i uderzenie gorąca oplata całe ciało. Lubię kiedy jedziemy razem rikszą, z której zawsze zsuwa mi się tyłek, lub motorikszą, która mknie przed siebie jak szalona. Lubię, kiedy przepychamy się wśród szalonego tłumu, do wagonu metra z groźną miną i morderczym wzrokiem. Bo każdy chce usiąść, a my po prostu chcemy wejść do środka. Tęsknię za naszymi wieczornymi spacerami poprzez market do ulubionego stoiska z kulfi i mlekiem szafranowym. Tęsknię za targowaniem się, w którym jeszcze jestem kiepska, ale kiedyś się nauczę. Tęsknię nawet za tym, że na stacjach metra trzeba oddać torebkę do skanowania i trzeba przejść przez bramkę. Czuję się potem jakby trochę bezpieczniej. Jest tak wiele rzeczy i miejsc w New Delhi za którymi tak bardzo tęsknię.

Powiedziałam o tym Abhiemu, a on się ucieszył i powiedział, że to znak. Teraz jestem nie tylko częścią niego, ale również częścią jego kraju. I ja zaczynam tak się czuć. Podzielona na pół. Niby polska, a już trochę indyjska. Jakbym znalazła drugi, prawdziwy dom. I jest mi z tym tak bardzo dobrze. Czas pokaże co dadzą mi Indie już za kilka dni. Tymczasem jestem tu, w Polsce, i tęsknię.

(Irrakuri)



 Sprzedawca papai / Papaya vendor
 Stacja metra / Matero station
 Rickshaw
Autorickshaw


Morning phone call is our ritual. Even if its only 5 minutes we can't start our day without greeting each other "Good Morning" after we get up. Time difference (+3,5 or 4,5 hour depends on the season) turned out not to be a problem. But Abhi very often must sacrifice and he goes to sleep veeeeery late. But we manage it because we know, its only a temporary situation and very soon we will wake up and sleep at the same time. Almost, because I always fall asleep first. Or, actually I just fall unconscious there where I am sitting ;)

Today, in the morning when Abhi called me to wish me good day I heard some man yelling in the background. It was a very characteristic voice of a street vendor of fruits or veggies telling people to buy his products. Its interesting that never mind in whichever part of Delhi we are I have a feeling that this yell always sounds the same. So when I heard that yell I started feeling so nostalgic that i couldn't stop thinking about it for many hours. So, it turned out, that I miss not only my Fiance but India as well.

For all day I felt the warmth of the Indian sun on my face, smell of the street food. I heard yells of people and street noise. Something which never dies is the sound of horns.The Sound of New Delhi. I am always saying that if you are in India and driving around you just honk. Just like that, like its some rule, like Hindu people are born with the honking gene.

I miss not only our , lazy mornings but also this moment in every day when we are going out from room with air conditioning to the street and I feel this first hit of high temperature on my face. I like when we are travelling in a rickshaw together, where I am always scared that I will fall , or when we travel somewhere by more comfortable and faster auto rickshaw. I like it when we are shoved menacingly and murdered in our eyes at the metro station. Because people are crazy , and they are desperate to sit in the train, whereas we just want get in. I miss our evening walks through the market to eat kulfi and drink saffron milk. I miss bargaining in the market, even if I am not to good at it. Some day I will learn. I miss even entering and exiting the metro station. I feel more safe after that. There are so many things and places in New Delhi that I miss so much.


I told Abhi about all this and he was happy and told me its a sign. Now I am not only a part of him but also a part of his country. And i really start to feel this. Split in half. Apparently Polish but a little Indian too. Its like I found a second, real home. And I feel so comfortable and good with this. Time will tell what India will offer me in a few days. But for now I am here, In Poland, and miss everything.