Skip to main content

Namaste India! Ale najpierw o tym, jak znienawidzić lotnisko w Amsterdamie / Namaste India! But first, how to hate the airport in Amsterdam.

Nasze uczucie rozkwitało i bardzo szybko byliśmy pewni, że nie chcemy być internetową parą w nieskończoność. Uczucie kwitło, rozmawialiśmy o wszystkim, w każdej wolnej chwili, nadeszła pora żeby się spotkać. W tym miejscu pragnę podziękować polskiemu rządowi, czy komukolwiek kto za tym stoi, za utrudnianie obywatelom Indii przyjazdu do Polski. Wymagania wizowe są co najmniej śmieszne. Jednak proces wizowy dla mnie to właściwie tylko wypełnienie formularza i dokonanie opłaty,więc zdecydowaliśmy, że to ja polecę do Indii. Jednym z wielu plusów był fakt, że zawsze marzyłam o tym, żeby podróżować, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Zawsze wykręcałam się brakiem pieniędzy, ale prawda jest taka, że zwyczajnie w świecie się bałam. Teraz nie miałam w sobie miejsca na strach. Nagle stałam się lwicą, która walczy o siebie i o swoją przyszłość.

Dostałam wizę, kupiłam bilety i zaczęliśmy odliczać dni. Dni pełne radości i ekscytacji, ale również strachu i niepewności : co będzie, jeśli mu się nie spodobam na lotnisku? Znałam go i wiedziałam, że nie ucieknie, ale musielibyśmy spędzić ze sobą 10 dni nie lubiąc się zupełnie. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim tym, którzy straszyli mnie, że umrę, zostanę porwana, zgwałcona, oszukana przez tych strasznych, złych Hindusów. To było wspierające. Zwłaszcza rady, by nigdy nikomu nie pokazywać swojego paszportu. Cholera, musiałam dać paszport w recepcji hotelu na kilka godzin. Mieli niepowtarzalną okazję by porwać mnie dla okupu. No cóż, nic z tego nie wyszło.

W dniu podróży nie miałam nawet czasu na jakiekolwiek wątpliwości. Wszystko dzięki "wspaniałej" obsłudze na lotnisku w Amsterdamie. Z perspektywy czasu myślę, że było to bardzo pomocne doświadczenie. Faktycznie nie myślałam o niczym innym, jak o tym, by zdążyć na samolot. Ale od początku. Wstałam o 3:15 rano, wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Zamówiłam taksówkę i jechałam na lotnisko im. Fryderyka Chopina jakby 5 cm nad poziomem fotela. Wszystko było piękne o świcie. Szare bloki, puste ulice, niebo. W Polsce poszło gładko, bo samolot był mały, pasażerów niewielu, i pomógł fakt, że byłam na lotnisku dobre 2 i pół godziny wcześniej. Całą drogę przespałam. Zabawa zaczęła się w Amsterdamie. Wysiadłam z samolotu pewna siebie i zdecydowana do działania, ale lotnisko postanowiło sobie ze mnie zażartować. Jest ogromne. Wcześniej byłam tylko na dwóch małych lotniskach, więc Amsterdam mnie przytłoczył. Mimo, że kierowałam się strzałkami, miałam wrażenie, że błąkam się w kółko. Wszystko tutaj wygląda tak samo. Żaden z pracowników, pytany o drogę nie potrafił mi pomóc. Nagle nikt, nic nie wiedział. Ja prawie cała we łzach, A. przy telefonie, istny roller coster. W końcu cudem udało mi się znaleźć punkt informacyjny, gdzie powiedziano mi to, co dawno już wiedziałam. Mój samolot odlatuje z Terminalu 5 przy czym machnięto mi ręką w nieokreśloną stronę. Nadal nie wiedziałam gdzie iść, a kiedy udało mi się znaleźć kobietę gotową mi pomóc, nie mogła znaleźć mnie w systemie, co przeraziło mnie jeszcze bardziej. Później okazało się, że byłyśmy w Terminalu 4, więc to oczywiste, że nie ma mnie w tamtym systemie. Co ciekawsze miałam na karteczce wypisany terminal i bramkę, ale to nie przeszkodziło kobiecie odesłać mnie z kwitkiem. Po czym okazało się, że Terminal 5 jest po drugiej stronie holu, i w końcu znalazłam stoisko z mikroskopijnym logiem linii lotniczych, których bilet miałam w kopercie.

Pan ze stoiska okazał się być bardzo pomocny. Odwalił robotę z przeklętym check-in i wskazał gdzie mam iść. Byłam zestresowana, głodna i zmęczona. Zdążyłam jedynie pójść do toalety i kupić paczkę chipsów. Pod bramką zastałam prawdziwy tłum. Kobiety ubrane w stroje, w kolorach tęczy. Biegające i krzyczące dzieci. Mężczyźni rozprawiający o czymś z przejęciem. I ja. Bramkę otworzyli jakieś 5 minut później i już po kilku chwilach mogłam spokojnie zająć swoje miejsce. I czekać godzinę do odlotu (!). A w samolocie feeria barw jedynie się nasilała. Jedno z dzieci płakało chyba przez trzy godziny. Starszy mężczyzna darł się wniebogłosy na swojego syna (tak się domyślam) i biedny chłopak nie pisnął ani słowa. Całą drogę albo starał się uspokoić ojca, albo biegał do stewardess po rosół/kawę/herbatę/ciastka/cokolwiek. W końcu starszy człowiek i płaczące dziecko usnęli. Normalnie bym się wściekła, ale kiedy stres ze mnie opadł doceniłam to, że fotele obok mnie były puste, więc całą drogę przeleżałam. Bardzo szybko dostałam lampkę wina i jedzenie.

Po niecałych 8 godzinach wylądowaliśmy w New Delhi. Nauczona amsterdamskim doświadczeniem, szłam za swoimi współpasażerami. Grzecznie ustawiłam się w kolejce, po to tylko, żeby dowiedzieć się, że muszę wypełnić jakiś cholerny blankiecik. Zrobiłam to i znów stanęłam w kolejce. Welcome to India usłyszałam i odetchnęłam z ulgą. Teraz miałam przed sobą tylko odbiór bagażu i to spotkanie. Najważniejsze w moim życiu. Trwało to chyba z godzinę, ale w końcu pociągnęłam za sobą walizkę i wyszłam na zewnątrz (w New Delhi na teren lotniska mają wstęp tylko pracownicy i pasażerowie posiadający bilet. Rodzina i przyjaciele muszą pożegnać się z podróżnymi na dworze). Spojrzałam w tłum i po chwili go zobaczyłam. Najpierw jego biały t-shirt, później ciemne włosy, a w końcu cudowny uśmiech i wyraz podekscytowania na jego twarzy. Zamarłam na kilka sekund, zabrakło mi tchu i nie byłam pewna czy dam radę poruszyć się do przodu. Pomyślałam : rany, na żywo jest jeszcze piękniejszy niż na zdjęciach! A kiedy wpadliśmy sobie w ramiona, kiedy się śmiał, kiedy głaskał moje włosy, kiedy mnie całował i dotykał, wiedziałam, że to jest to. Byłam pewna, że z tym mężczyzną chcę spędzić to życie i wszystkie kolejne jakie będzie mi dane przeżyć. Odnaleźliśmy się i czuliśmy, że mamy przed sobą wszystko. Mamy siebie.

 jedyne zdjęcie jakie udało mi się zrobić w samolocie
 pierwszy dzień, pierwsze wrażenia, pierwszy hałas
i On, w białym t-shircie...

Our feeling flourished and very quickly we were sure that we do not want the to be a cyber couple forever. Feeling 
flourished, we talked about everything, in every free moment, it was time to meet. At this point I would like to thank the Polish government, or anyone who's behind this, for hindering citizens of India to come to Poland. Visa requirements are funny and ridiculous. However, the application of a visa for me was actually just filling out a form and paying a fee, so we decided that I will fly to India.. One of the many advantages of this journey was the fact that I always dreamt of travelling but never had the courage to do so . I always had a fear of travelling because of money but the truth is i was just plain scared. Now I was not in a place to fear. Suddenly, I became a lioness that fights for each other and for our future.

I got the visa, bought tickets and started to count down the days. Days full of joy and excitement, but also fear and uncertainty: what will happen if he does not like me at the airport? I knew him and I knew he will not run away, but we would have to spend 10 days together but what if we dislike each other completely. At this point I would like to thank all those who threatened me that I will die, I will be kidnapped, raped, deceived by these horrible, bad Hindus. It was supportive. Especially these vague advises,To never show my passport to anyone. Damn, I had to give a passport at the hotel reception for a few hours. They had a unique opportunity to kidnap me for ransom. Well.

On the trip I did not even have time to doubt. All thanks to the "wonderful" workers at the airport in Amsterdam. In retrospect I think it was a very useful experience. Actually I was not thinking about anything like this to catch the the plane. But from the beginning. I got up at 3:15 in the morning, took a shower and ate breakfast. I ordered a taxi and was driven to the airport. Frederic Chopin's like 5 cm above the seat. Everything was beautiful at dawn. Gray blocks, empty streets, the sky. In Poland it went smoothly, because the plane was small, a few passengers, and helped the fact that I was at the airport a good 2 and a half hours earlier. I slept the whole way. Fun began in Amsterdam. I got out of the plane confident and determined to act, but the airport had decided to play a joke on me. It's huge, previously was only two small airports, Amsterdam so overwhelmed me. Although I managed to read up directions arrow, I felt that I was wandering around in circles. Everything here looks the same. None of the employees, when asked about the way could help me. Suddenly, no one knew anything. I was almost in tears, A. On the phone, a real roller coaster. In the end, a miracle I managed to find an information desk where they told me what I already knew a long time ago. My flight departs from Terminal 5 the woman showed me her hand in an unspecified way. I still do not know where to go, and when I was able to find a woman ready to help me, she could not find me in the system, which scared me even more. Later it turned out that we were in Terminal 4, so it's obvious that I'm not in that system. Whats more interesting and bizarre was that in-spite of having all my info on the paper (ticket) that i had available with the lady , she never bothered to direct me in the right way. Then it turned out that Terminal 5 is just across the hall, and finally i found a booth with the  logo of the airline that can only be seen under a microscope whose ticket I had was in the envelope.

Man from the stand proved to be very helpful. He helped me to check in and pointed in the direction where i had to go. I was stressed out, hungry and tired. I could only go to the toilet and buy a bag of chips. At the gate I found the real crowd. Women dressed in costumes, like the colors in a rainbow. Children Running and screaming .Men talking amongst themselves in interest and surprise. And here i was staring at the boarding gate. The gate opened about 5 minutes later, and after a few moments I could quietly take my place. I waited an hour for departure (!). A riot of colors on the plane only to be intensified. One small child was crying for three hours straight.Old man yelling on top of his lungs for his son (just guessing) and the poor boy did not squeak a word. All the time and tried to calm his father, or running into the stewardess for soup / tea / coffee / biscuits / whatever. In the end, an elderly man and a crying child fell asleep. Normally I'd be angry, but when the stress washed off me to my surprise i turned my head and there i saw the seats next to me were empty, so stretched my legs and arms and slept like a queen. In a matter of moments I got a glass of wine and some food. 

After 8 long hours, we landed in New Delhi. Having learned from the experience of Amsterdam, I followed my fellow passengers. Politely I stood in the queue, so just to find out that I have to fill in a bloody form to fill in my still unknown lover's information. I did it again and stood in line. Welcome to India, I heard, and I breathed a sigh of relief. Now I was in front of the queue just collect my luggage and waiting for this meeting. The most important meeting of my life. It lasted perhaps an hour, but eventually i pulled my suitcase and went outside (in New Delhi on the airport grounds have access only employees and passengers holding a ticket. Family and friends have to say goodbye to travelers outside). I looked at the crowd and the moment I saw him. First, his white t-shirt, then dark hair, and finally a wonderful smile and a look of excitement on his face. I froze for a few seconds, I ran out of breath and I was not sure if I can move forward. I thought to myself, He is more handsome in real than the pictures! And when we ran into each other's arms, when he laughed, when he stroked my hair when I kissed and we touched, I knew that this is it. I was sure that the man I want to spend this life and all the subsequent lives that I will survive. We found, and we felt that we have before us all. We have US.

(irrakuri)

Comments

Popular posts from this blog

Związek na odległość: Natalia i Abhishek / LDR : Natalia & Abhishek

Niedawno pisaliśmy Wam o tym jak bardzo podziwiamy pary, które miesiącami czy nawet latami żyją w związkach na odległość. To bardzo trudne i wymaga wiele cierpliwości, zaufania i miłości. Jednak takie związki się udają, a często są o wiele silniejsze niż te "zwyczajne". Wyobraźcie sobie jak wspaniały jest moment pierwszego spotkania w cztery oczy, ile emocji, ile radości!

Dzisiaj przedstawiamy Wam Natalię, która opowie Wam o swoim związku na odległość z Abhim. Już niedługo, nareszcie, spotkają się na żywo! Czy miłość nie jest piękna i warta pracy i poświęceń?

Jeśli i Wy chcecie podzielić się na naszym blogu swoją miłością na odległość, wyślijcie nam maila : polindidiaries@gmail.com

*
Lately we wrote how much we admire couples who live in long distance relationships for months or even years! It's very hard and it requires a lot of patience, trust and love. But these relations work and very often are stronger than the "usual". Imagine how wonderful is the moment o…

Polska vs. Indie / Poland vs. India

Tak, Indie to niesamowity kraj. Jest jak inna planeta, nigdzie nie znajdziecie drugiego takiego miejsca. Czasami czuję się tutaj jak kosmita, tak bardzo wszystko w tym kraju jest inne od tego co znam, od miejsca w którym się urodziłam i wychowałam. A jednak czuję się w Indiach swobodnie, dobrze, jak w domu. Możliwe, że jednym z powodów jest fakt, że mieszkamy w stolicy państwa. Myślę, że każda stolica w każdym kraju jest trochę jak samotna wyspa, ludzie są tacy sami, mówią tym samym językiem, a jednak zasady panują tu trochę inne. Ludzie są jakby bardziej swobodni i nowocześni. Stolice krajów, które znam zawsze są trochę jak oddzielne państwa.

Podobnie jak ludzie z całej Polski przyjeżdżają do Warszawy na studia czy do pracy tak samo mieszkańcy małych miast Indii wyruszają do Delhi po lepszą przyszłość (ale ponieważ kraj jest gigantyczny, ludzie południa wyruszają do Mumbaju). Podobnie jak w Warszawie, ludzie w Delhi czują się na początku zagubieni i przytłoczeni ogromem miasta, tłok…

Przepis na : Łodygi Kalafiora / Recipe for Gobhi ke danthal

Kalafior. Bardzo wdzięczne warzywo, które można przygotowywać na wiele sposobów (w Polsce popularny z majonezem lub bułką tartą smażoną na maśle - w Indiach paratha nadziewana kalafiorem lub aloo gobhi czyli dosłownie ziemniaki z kalafiorem). Większość z nas stosuje jedynie różyczki i wyrzuca resztę. Sama też tak robiłam!  Jakiś czas temu słyszałam, że niektórzy wykorzystują liście tego warzywa żeby zrobić zdrowe chipsy albo pesto. Jednak nie spotkałam się do tej pory z gotowaniem kalafiorowych łodyg! W Indiach są bardzo popularne, na tyle, że na targu możecie kupić same łodygi, bez różyczek i liści. Poza tym jest to warzywo bardzo często używane w indyjskiej kuchni zatem uzbieranie odpowiedniej ilości łodyg to kwestia kilku dni. Można wyczarować z nich przepyszne danie, którym chcę się z Wami podzielić. Jestem od niego uzależniona.

Łodygi kalafiora:

- 6-12 łodyg kalafiora (w zależności od grubości) - pokrojone w słupki
- 3-4 średnie cebule - bardzo drobno posiekane
- 1 łyżka pasty imb…