Włosy, część II / Hair, part II

Kilka miesięcy temu pisałam o tym, jak staram się dbać o swoje włosy, żeby były mocniejsze i zdrowsze. W Indiach kontynuuję tradycję naturalnych maseczek i chciałabym się nimi z Wami podzielić. Moje włosy wypadają mniej, są mocniejsze i ładnie lśnią. W dodatku rosną szybciej niż w Polsce (odpukać). Wszystkie pomysły na te proste i szybkie odżywki to sprawka mojej teściowej, która bardzo dba o swoje włosy (są gęste i długie do pasa!) i non-stop wyszukuje nowe przepisy na YouTube. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu myłam moje włosy codziennie! To wcale nie pomaga!

Few months ago I wrote about how I'm trying to tame my hair to make them stronger and healthier. In India I'm continuing the tradition of natural masks and oils and I would love to share it with you . My hair fall is less, they are more strong and shinier. And the growth is  faster than in Poland! (knock on the wood). All ideas for this simple and fast conditioners I have because of my mother-in-law. She takes care of her hair extremley well ( and they are thick and long till her waist!). And she is searching new ways on YouTube all the time! I can't belive that a month ago I washed my hair every single day! It is not good. Soooooo not good!

1. Miód i cytryna / Honey and lemon.


Moja ulubiona odżywka, którą stosuję najdłużej. Przede wszystkim wspaniale pachnie, a włosy pięknie błyszczą i są miękkie. Używam soku z jednej cytryny i łyżeczkę miodu, ale cytryny w Polsce są dużo większe od tych indyjskich, więc pół wystarczy (chyba, że macie bardzo długie włosy). Rozprowadzam płyn na całej długości włosów i zostawiam na ok. godzinę. Później myję włosy jak zwykle.

My favourite so far, I'm using it from a long time now. Smells really amazing, and after that hair is shiny and are very soft. I'm using juice from one lemon and one tablespoon of honey, but lemon in Poland are much bigger than in India so then half is enough (unless you have very long hair). I distribute liquid on the whole length of the hair and leave for about an hour. Later I wash my hair as usual.

2. Miód i cebula. / Honey and onion.


Stosunkowo nowe odkrycie. Sok z cebuli wzmacnia włosy i przyspiesza ich wzrost. Używam soku ze średniej cebuli (ścieram ją na tarce i z papki wyciskam ręcznie sok) i łyżeczkę miodu. Będziecie cuchnąć jak cebularz, ale czego się nie robi dla pięknych włosów? ;) Rozprowadzam maseczkę na włosach, ale przede wszystkim dobrze wsmarowuję w skórę głowy aby pobudzić cebulki. Zostawiam na 2-3 godziny. Uwaga! Po umyciu włosy mogą trochę ciężko się rozczesywać.

Relatively new discovery. Onion juice makes your hair stronger and accelerates their growth. I'm using juice from one medium onion ( rub it on the grater and with the pulp I squeeze the juice manually) and one tablespoon of honey. You will stink like hell but thats not a problem to have beautiful hair? ;) I distribute the mask on the hair, but first of all I put a good moisturizer on the scalp to stimulate the bulb. I leave it for 2-3 hours. After washing your hair they can be a little hard to comb as they get a little frizzy.

3. Aloes, olej kokosowy i witamina E. / Aloe vera, coconut oil, vitamine E.


Prawdziwa bomba witaminowa! Odżywia i nawilża włosy jak nic innego! Aloe vera to w ogóle magiczna rzecz, którą warto mieć w domu. Jest dobra na włosy, ciemne kręgi pod oczami, suchą skórę, popękane pięty, oparzenia i wiele innych. Mieszam łyżeczkę żelu z aloesu, dwie łyżeczki oleju kokosowego (ale może być inny olej, np. migdałowy czy musztardowy) i płynną zawartość jednej kapsułki z witaminą E. Rozprowadzam dokładnie na całej długości włosów i zostawiam na godzinę.

Real vitamin bomb! Nourishes and moisturizes hair like nothing else! Aloe vera is a magical thing everybody should have in the house. It is good for the hair, dark circles under the eyes, dry skin, cracked heels, burns and many more. I mix one tbl spoon of aloe vera, two tbl spoons coconut oil (but, of course, can be different, exp. almond or mustard), and liquid inside from one capsule of vitamine E. I distribute exactly the entire length of the hair and I leave for an hour.

4. Jogurt naturalny. / Curd.


Prosty, tani produkt dostępny chyba wszędzie. Wzmacnia włosy i sprawia, że są miękkie. Jogurt rozprowadzam na całej długości włosów i skórze głowy (jogurt ma właściwości łagodzące) i zostawiam na 30 minut, max 1 godzinę. Nie dłużej, ponieważ zaskorupiałą maskę ciężej jest spłukać.

Simple and cheap product easy avalible. Make hair stronger and softer. I apply curd throughout the hair and scalp (curd has soothing properties) and leave for 30 minutes, max 1 hour. No longer because the dried hair mask is harder to wash. 

***
W zależności od tego jak dużo macie czasu, stosujcie naturalne odżywki 1-2 razy w tygodniu. Bardzo szybko zauważycie różnicę i zapomnicie o chemicznych gotowcach ze sklepów. 

Depending on how much time you have use natural conditioners one or two times in the week. Very soon you will notice the difference and will forget about the chemical trash from the shops.

A Wy czego używacie, żeby wzmocnić Wasze włosy? / What do you use to make your hair stronger?


Delhijskie ulice. / Horn, please.

Jeżeli w Indiach panują jakieś zasady ruchu drogowego, to jeszcze ich nie zrozumiałam. A wierzcie mi, że staram się z całych sił. Do tej pory myślałam, że warszawscy kierowcy są szaleni, ale jeśli przejdziecie delhijską szkołę jazdy, już nigdy nie będziecie się bać. A Warszawiacy będą od was uciekać z szybkością odrzutowca.

Przede wszystkim rzadko widuję na ulicach wyznaczone pasy ruchu, dlatego nawet na dosyć wąskiej drodze cztery auta obok siebie to nic dziwnego. Dodajcie do tego riksze, autoriksze, skutery i motocykle oraz fakt, że wszyscy się gdzieś spieszą. Samochody rzadziej, ale autoriksze nagminnie jeżdżą pod prąd. Byle szybciej do celu.

No dobrze, może na delhijskich ulicach jednak obowiązują jakieś przepisy. Zasada numer jeden to przytrzymywanie klaksonu tak długo i często jak się da (i obowiązuje to chyba w całych Indiach). Po coś w końcu został wbudowany w kierownicę, prawda? Generalnie trąbi się chyba dla czystej rozrywki. bo kierowcy robią to nawet kiedy droga jest zupełnie pusta. Nazywam to genem trąbienia. Rodzi się z tym chyba każdy Indus.

Drugą zasadą jest to, że kierowcy w Delhi są panami wszechświata. Jeżeli jesteś przechodniem i nie masz mocy Supermana to marny twój los, bo delhijscy kierowcy nie przepuszczają przechodniów. Nawet jeśli taki biedy człowiek jest już w połowie drogi. A ponieważ pasy dla przechodniów trudniej znaleźć niż igłę w stogu siana, trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość i lawirować między samochodami, które stoją na czerwonym świetle, niczym wytrawny tancerz.

No właśnie. Tylko, że z tym czerwonym światłem to różnie bywa. Kierowcy zatrzymują się na czerwonym raczej na dużych skrzyżowaniach. Na tych mniejszych...dobrze jest mieć oczy dookoła głowy. Albo jeszcze lepiej wynająć rikszę, żeby zostać elegancko przetransportowanym na drugą stronę zatłoczonej ulicy. Indusi są szkoleni w przeprawach przez jezdnię od małego, a i tak mają z tym czasem problemy. Co dopiero ja, mała biedna cudzoziemka? Ja to się boję przechodzić nawet przez pustą ulicę. Przysięgam, że zawsze kiedy jestem już w połowie drogi jakiś pojazd zaczyna na mnie trąbić, chociaż ulica była pusta jak mój żołądek przed śniadaniem, jeszcze trzy sekundy temu!

I kiedy po pół roku w Delhi myślałam, że już nic nie może mnie zdziwić, właśnie wtedy wsiedliśmy do taksówki, która cuchnęła marihuaną tak bardzo, że po minucie wewnątrz byłam na haju. W pierwszym odruchu chciałam uciekać, ale nie chciało mi się wierzyć, że kierowca jest upalony w godzinach swojej pracy. Dopiero kiedy zaczął się zatrzymywać co jakiś czas, a dzwonkiem w jego telefonie była piosenka czcząca boga Shivę...nie mieliśmy wątpliwości kto sobie popala pomiędzy kursami. Bo musicie wiedzieć, że Shiva był wielkim admiratorem marihuany. Palił ją namiętnie i pił napój przygotowany na bazie tejże rośliny. W ten sposób, paląc trawkę, wierni czczą Shivę. A w dzień jego urodzin, w świątyniach Shivy i wy możecie dostać ten specjalnie przygotowany napój. Nasz taksówkarz prawdopodobnie modli się wiele i szczerze, dlatego uniknęliśmy wypadku.

I tak właśnie jeździ się po Delhi. Szybko, jak wiatr. Bez kasków, bez pasów bezpieczeństwa, bez rozumu. I tak oto, po wielu latach przerwy, wróciła moja choroba lokomocyjna. Daje o sobie znać na samą myśl o podróży samochodem poprzez delhijskie tajemnice. Chyba, na wszelki wypadek, zacznę nosić w torebce foliową reklamówkę. Przezorny zawsze ubezpieczony.



If in India there are some traffic rules, I just don't understand it yet. And believe me, I'm trying from all my heart. Until now, I thought, that warsaw drivers are crazy but if you will survive Delhi's driving school, you will never be scared about anything, anymore. And Warsaw drivers will run away from you faster than wind.

Primarly, I rare see on the streets designated lanes, that's why even on pretty narrow street four cars next to each other it's nothing suprising. Add to this rickshaw, autorickshaw, scooters and motocycles and fact, that everybody are in a rush. Cars are more rare, but autorickshaws very often are running upstream. Sooner to the destination.

OK, maybe on Delhis streets are some  rules which I am unaware of! Number one is to hold the horn for as long and as often as you can (and I think it's not only in Delhi). Horn in the car is there for some reason, right? Why to not use it? Generally I think that people honk just for pure joy, because drivers do it even when the road is totally empty. I call it honk gene. Probably every Indian was/will be born with it.

Secondly, drivers in Delhi are masters of the universe. If you are a pedestrian and you don't have Superman powers your fate is miserable because Delhi's drivers don't let passers-by.. Even if some poor thing is in the middle way. And because pedestrian crossing is harder to find than a needle in a haystack, you must be patient and maneuver between cars standing on the red light like great dancer.
Red lights. It's a never ending story. Drivers stops on red light for sure on big crossing but on a small one...you can never be sure. Better have eyes around the head. Or maybe get richskaw to cross the street? Indian's cross the streets since they are very small, and even they have sometimes problems with it. What's with me? Small foreigner? ;) OK, I'm scared to cross even  when the street is empty. I swear that even if I am in the middle of my way something starts to honk on me! And street was empty like my stomach before breakfast three seconds ago!

And after 6 months in Delhi I thought that nothing can surprise me, then we ordered a cab. Cab reeked of marijuana that after one minute I was stoned. I thought to run away but I didn't want to believe that the driver is high during his work hours. Only when he stopped the car from time to time and his phone rang I heard his ringtone was the song for Lord Shiva...we could be sure who likes smoke between rides. You have to know that Lord Shiva was a big fan of marijuana. He smoked it with pleasure and drank juice wth this plant. So, in this way, smoking weed, people worship the Lord. And on his birthday in Shiva Temple you also can get magic juice.Our cab driver probably prayed a lot and he is very faithful, that's why we didn't have any accident.

So, that's how people drive around in Delhi. Fast and crazy. Without helmets, seatbelts, without mind. And so, after many years of pause, my locomotive disease returned. I started feeling bad even if I only start thinking about a car trip in Delhi. I think, just in case, I will start carrying a sickness bag in my purse. Forewarned is forearmed.

Dbajcie latem o swojego psa! / Take care of your dog in Summer!

Lato w Indiach jest piekielnie upalne (klik). Chłodzimy się jak tylko możemy, żeby znieść wysokie temperatury. Nie zapominamy też o naszym chłopcu. Jeśli nam jest gorąco to jak musi czuć się zwierzę z sierścią? (Bez względu na to czy gubi jej część w czasie lata. Psy odczuwają upały silniej niż my). Bez względu na to jakiego pupila macie w domu, pamiętajcie żeby latem zwrócić na niego szczególną uwagę.

Nasz Caesar, kiedy jest gorąco, staje się bardziej leniwy i więcej śpi. W ciągu dnia dbamy, żeby wiatrak zawsze był włączony w pokoju, w którym jest nasz pies. W nocy śpi w pokoju z klimatyzacją, ale po kilku godzinach robi mu się za zimno i stamtąd ucieka.

Pije zimną wodę lub lassi (woda z jogurtem naturalnym). Niestety sam z siebie często zapomina, że trzeba pić, więc od czasu do czasu mu o tym przypominamy ;) To bardzo ważne! Nie tylko ludzie szybko odwadniają się w czasie upałów, problem dotyczy również psów! Od czasu do czasu Caesar dostaje kostkę lodu, którą liże z radością małego dziecka.

Nasza podłoga wyłożona jest kafelkami, więc dwa-trzy razy dziennie przecieramy ją ścierką zanurzoną w zimnej wodzie. W połączeniu z wiatrakiem daje przyjemne uczucie chłodu.

Podobnie jak my, Caesar ma latem lżejszą dietę (i mniejszy apetyt). Rzadziej je ryż z jajkiem (jego numer jeden), a częściej dostaje chapati z jogurtem naturalnym czy tłuszczem z mleka. Nigdy nie odmawia arbuza, papai i winogron.

Pamiętajcie, że lato to ciężki okres nie tylko dla Was ale również dla Waszych czworonożnych przyjaciół! I NIGDY, przenigdy nie zostawiajcie psa w zamkniętym samochodzie! To dla niego najgorsza tortura!

A jak Wy dbacie aby Wasze zwierzęta łatwiej znosiły letnie upały?


Summer in India is hellishly hot (click). We chill as much as we can, to manage high temperatures. We also don't forget about our boy. If it's hot for us how must an animal wit fur feel? (Regardless of the fact if he looses some part of fur in Summer. Dogs feel heat more than we do). No matter what kind of pet you have at home, remember to pay close attention to him in the summer.

Our Caesar, when is hot, becomes more lazy and sleeps more. During the day we take care to turn on the fan in the room where he is sitting. At night he sleeps in the room with A/C, but after few hours it's too cold for him and he runs away.

He drinks cold water or lassi (water with curd or buttermilk). Unfortunately he very often forgets to drink so we just tell him from time to time to do it. It's very important! Not only people quickly drown in the heat, it's also dogs problem. Sometimes we give ice cubes to Caesar, and he licks it with childish joy. 

Our floor is made from tiles so from time to time we wipe them with a cloth dipped in cold water. With the working fan is nice, chill feeling.

Similar to us, in Summer Caesar has light diet (and less appetite). He rarely eats rice with egg (his number one favourite) and more often chapati with curd or milk fat. He never says no for watemelon, papaya or grapes.

Remember that  Summer is hard not only for us but also for our dogs! And NEVER EVER leave a dog alone in closed car! It's for him the worst torture! 

And how do you care to make your animals easier to bear this summer heat?

Indian bureaucracy. / Indyjska biurokracja.


When I'm thinking what I prefer : To do something in the Indian office or bite my hand? I choose  the second option. Polish offices are also not an alley full of flowers (Low energy) but if you have an appointment for Monday at 10 am you can be sure that you will be accepted at about this time (and sometimes in the room you will see a nice lady seated). In India if you have appointment in office for Monday at 10 am, probably you will get  your case on Friday at 18:00 pm. Two weeks, several visits and bribes later.

Bribe. In Poland we have old movies (made by a very famous director) when officers look like witches and look at applicants like for the worst kind of people but at one second they are changing into angels when someone places an expensive coffe / chocolate / tights at their desks. And those movies were based on reality! In India rather no one changes into an angel (often they are nicer but it is like japan smile - you never know what is hidden under it). Officers here expect extra money for their "big and hard work" and they expect to be treated like gods. People almost kiss their hands because they know that is the only one way to not spend half of their life at these offices.

When we tried to register our marriage (and we did it after several efforts)I saw one of the officers who had only one task and it was taking bribes. He walked the applicants to the door and took bribes in the hall when they shook hands ( do you remember in one of the Friends episode where Chandler tried to give bribe to the restaurant menager to get table faster?) and he even didn't hide with this act! He only made faces like master to his slave...

So, we registered our marriage for couple of weeks. We were at the office several time for 6-8 hours because for example the officer who should start his job at 11 he came at 15:00 ! We were repeatedly sent to different places to get some nonsense papers. And at first time we even heard than we can't register our marriage! Why? Apparently the queen clerk didn't like us  our faces or whatever.
Finally we managed it, but doing anything in Indian offices is real hell. For example: FRRO workers are mostly nice and helpful (beside two person) but you must be prepare yourself for hours of waiting and minimum two times visits. Documents  to apostille is on the website at a cost of 50 INR. When you are going to the Ministry of  External Affairs people demand around 2000-4000 rupees!!! Is that madness?

That's why I think that India is a country with a big potential but its hidden in pockets of thiefs, officers (is not the same?), political and naive people who can't (don't want?) to oppose these beasts! People who think that there is no other way to manage things! Will there ever be a change in the Indian bureaucracy, or will it always be an effort like 12 work of Hercules? (great scene I remember from Asterix and Obelix when thay try to done something in the office and they run to many different rooms and for a lot of different floors, do you remember that? It's about India!)

What are your experiences with bribes / taking anything in Indian offices?




Kiedy zastanawiam się co wolę : załatwić coś w indyjskim urzędzie czy odgryźć sobie rękę? Wybieram drugą opcję. Polskie urzędy również nie są ścieżką usłaną różami (Nie zawsze jest energia), ale jeśli masz umówioną wizytę na poniedziałek o godzinie 10, masz pewność, że zostaniesz przyjęty mniej więcej o tej porze (a czasem nawet za biurkiem będzie siedziała miła pani). W Indiach, jeśli umawiasz się na spotkanie w urzędzie w poniedziałek o godzinie 10, prawdopodobnie załatwisz sprawę o 18 w piątek. Dwa tygodnie, kilka wizyt i łapówek później.

Łapówka. Kojarzycie filmy Barei, w których wredne urzędniczki patrzą na petentów jak na najgorszy sort podludzi, ale momentalnie zmieniają się w anioły kiedy na biurku pojawia się droga kawa / czekoladki / rajstopy? W Indiach raczej nikt nie zmienia się w anioła (z reguły są milsi ale jest to sympatia z rodzaju japońskiego uśmiechu - nie wiesz co się pod nim kryje). Urzędnicy tutaj oczekują, że za swój "ogromny wysiłek" dostaną do kieszeni extra pieniądze, i że w ogóle będą traktowani jak bogowie. Ludzie niemal całują ich po rękach, bo wiedzą, że w innym wypadku swoją sprawę będą załatwiali wieczność (albo jak to się mówi do "świętego nigdy").

Kiedy próbowaliśmy zarejestrować nasze małżeństwo (i udało się po kilku próbach) zaobserwowałam jednego z pracowników urzędu, którego jedynym zadaniem było przyjmowanie łapówek. Odprowadzał petentów do drzwi, przyjmował łapówki na korytarzu przy podawaniu ręki (pamiętacie scenę z "Przyjaciół" kiedy Chandler próbował przekupić kierownika sali w restauracji żeby szybciej dostać wolny stolik?) i nawet się przy tym nie krył! Robił tylko ważne miny. Jak to pan, dobry dla swego poddanego...

Nasze małżeństwo tak naprawdę rejestrowaliśmy kilka tygodni. Byliśmy w urzędzie kilka razy po 6-8 godzin, bo np. urzędnik, który powinien zacząć pracę o 11 pojawiał się w biurze o 15. Byliśmy wielokrotnie odsyłani w różne miejsca, żeby załatwić jakieś bzdurne papiery i papierki. Na samym początku usłyszeliśmy nawet, że w ogóle nie ma szans żeby nasze małżeństwo zostało zarejestrowane! Dlaczego? Najwyraźniej nie spodobaliśmy się królowej urzędniczce, więc taki miała kaprys.

W końcu się udało, ale załatwianie czegokolwiek w indyjskich urzędach to prawdziwa gehenna. Np. pracownicy FRRO są generalnie mili i pomocni (poza dwoma osobami) ale nastawcie się na wiele godzin czekania co najmniej dwukrotnie. Apostille dokumentów to według strony internetowej koszt 50 rupii, ale na miejscu usłyszycie kwoty w przedziale 2000-4000 INR !!! Czy to nie jest istne szaleństwo?

Między innymi właśnie dlatego Indie to kraj z potencjałem upchanym po kieszeniach złodziei, urzędników (czy to nie to samo?), polityków i naiwnych ludzi, którzy nie potrafią (nie chcą?) przeciwstawić się tym bestiom. Ludzi, którzy myślą, że w inny sposób nie da się niczego załatwić. Czy w indyjskiej biurokracji kiedykolwiek zajdą zmiany czy już zawsze będzie to wysiłek na miarę 12 prac Herkulesa? (Obraz wspaniale oddaje jedna z części Asterixa i Obelixa, w której chodzą w urzędzie od pokoju do pokoju, z piętra na piętro i trwa to długie godziny! Pamiętacie? To o Indiach!).

Jakie są Wasze doświadczenia z łapówkami / załatwianiem czegokolwiek w indyjskich urzędach?

Lecimy do Polski! / We are going to Poland!

Nasze plany w ciągu ostatniego miesiąca zmieniały się kilkanaście razy, więc postanowiliśmy przestać się stresować i po prostu to zrobić. Mamy bilety i nie zawahamy się ich użyć! W połowie czerwca lecimy do Polski!

W swoje urodziny (31 marca) Abhi dostał wizę na 5 miesięcy. Jego firma dała mu urlop na 2 tygodnie, więc musimy się trochę nakombinować, żeby je dobrze wykorzystać. Abhi nigdy nie był w Polsce (ani Europie), a ja nie widziałam rodziny (i ukochanych miejsc!) ponad pół roku. To sytuacja, w której każdy z nas jest zwycięzcą ;)

Mamy tyle pomysłów (a codziennie dochodzą nowe), że pewnie nie uda nam się zrealizować nawet połowy. Może po prostu nie będziemy spać? ;)

Jest w nas radość ogromna, a relację z podróży będziecie mogli śledzić na blogu i Instagramie (@polindidiaries) . Mam też przeczucie, że tym razem (nareszcie!) na blogu pojawi się co najmniej kilka wpisów Martiana! Co za wstyd, że tak się zaniedbał w pisaniu!

Tymczasem zaczynamy odliczanie do nowej przygody. Kto kocha podróże tak samo jak my, ręka do góry!


Our plans are changed several times in the last couple of months so finally we decided to not stress anymore and just do it! We have tickets and we will not hesitate to use them! In the middle of June we are going to Poland!

On his birthday (31th march) Abhi got his visa for 5 months. His company gave him leavs for 2 weeks so we must work really hard to use this time to the brim. Abhi was never in Poland (or Europe), I havnt seen my family for more than 6 months (and my beloved places!). This is the situation where everybody is a winner. ;)

We have so many ideas (and everyday new ones come in our heads) that we probably will not be able to realize even half of them. Or maybe we will not sleep for this time?

We are so happy! You can follow report from travel on our blog and Instagram (@polindidiaries). I have this feeling that this time even Martian will write several posts! What a shame that he is so neglected in writing!

Anyways we are starting the countdown to our new adventure. Who loves travel like us? Hands up!

Przepis na : Okrę po indyjsku. / Recipe for : Indian style Okra.

Okra. Okro. Bindhi. Ladies'fingers. Gumbo. Ta roślina ma wiele nazw i na wiele sposobów możecie ją przygotować. Rośnie głównie w tropikalnych i subtropikalnych rejonach świata, w których panuje bardzo ciepła temperatura. Surowa okra jest bogata w witaminę C i K. W 90% składa się z wody, dlatego nie zdziwcie się kiedy przy krojeniu na nożu i Waszych palcach pojawi się lepka maź. Dzisiaj proponujemy Wam błyskawiczne danie, które wymaga właściwie tylko 2 składników i 30 minut wolnego czasu. Nie żałujcie oleju do smażenia, żeby warzywo nie przywierało do dna woka - dlatego też nie polecamy tej wersji bindhi osobom na diecie i z wysokim poziomem cholesterolu. ;)
Gotowi? Do kuchni marsz!

Okra po indyjsku:

- 0,5 kg okry - pokrojonej na 1 cm kawałki
- 2 średnie cebule - pokrojone w piórka.
- olej do smażenia
- przyprawy: sól, chilli, kurkuma, kolendra w proszku, mango w proszku.

Na dobrze rozgrzany olej wrzuć pokrojoną okrę. Smaż na średnim ogniu, przykrytą do połowy, mieszając od czasu do czasu - przez 15 minut, aż okra zacznie brązowieć. Dodaj cebulę i smaż kolejne 5 minut.
Czas by dodać przyprawy. Łyżeczkę soli, szczyptę chilli i po pół łyżeczki kurkumy, kolendry i mango. Jeśli nie macie mango w proszku, możecie dodać surowe/zielone mango pokrojone w małą kostkę albo w ogóle pominąć ten składnik. Smażcie kolejne 5 minut (z surowym mango 10!) i gotowe!

Prawda, że proste? Idealny przepis dla kulinarnych leniuchów, osób zapracowanych a nawet tych, którzy uważają że w kuchni mają dwie lewe ręce :)

My jemy okrę z chapati, ale ja również lubię ją czasem położyć na kanapkę. Jeśli zostanie Wam trochę bindhi, następnego dnia rano możecie nadziać nim parathę!

Smacznego :)





Okra. Okro. Bindhi. Ladies'fingers. Gumbo. This plant has many names and you can prepare it in a lot of different ways in your kitchen. It grows mostly in toipical and subtropical regions within warm places. Raw okra is rich with vitamins C and K. Its 90% water so don't be surprised when after chopping you will a sticky ointment on your knife and fingers. Today we want to share with you a very quick dish which requiers only 2 ingredients and around 30 minutes to prepare it. Put a little more oil to fry or okra will cling to the wok. That's why we are not recommending this dish for people on diet or with high cholesterol ;) Are you ready? Let's go to the kitchen!

Indian style okra:

- 0,5 kg okra - cut in 1 cm pieces
- 2 medium onion - cut into feather
- oil to fry- spices : salt, chilli, turmeric, coriander powder, mango powder

Heat the oil and put chopped okra in the wok. Fry on medium flame, half covered and stir time to time for 15 minutes until okra becomes brown. Add onion and fry for another 5 minutes.
It's time for spices. Teaspoon of salt, pinch of chilli and half teaspoon of turmeric, coriander and mango powder. If you don't have mango powder you can use raw mango. Just cut it into small cubes or you can skip this ingredient. Fry 5 minutes (10 minutes with raw mango) and voila!
True, that simple? It's the perfect recipe for lazy people, this one who works a lot or think that can't cook at all! 

We eat bindhi with chapati, but I also like sometimes to put it on sandwich. If you have some leftovers you can use them next morning with paratha. 

Enjoy!

Pióro i papier. / Plume and paper.

Chociaż dobrze czuję się w świecie mediów społecznościowych, jestem też trochę staroświecka  i uważam, że nie ma nic lepszego od pióra i kartki papieru. Dlatego nawet posty na bloga lubię najpierw pisać w zeszycie, moim starym, ulubionym piórem Parkera.

Pamiętam, że kiedy chodziłam do liceum nad życie uwielbiałam pisać i chociaż miałam komputer (z najwolniejszym Internetem świata) to wszystko zawsze pisałam odręcznie. Przez długi czas wymieniałam się też listami z wieloma ludźmi (mieszkającymi daleko lub z tej samej klasy w szkole - Emilka <3) i mam te listy do tej pory! Niestety aktualnie całkowicie zostały wyparte przez pocztę elektoroniczną i smuci mnie to bardzo. Zarazem rozumiem przyczynę (że szybciej, że łatwiej, że bla bla bla) i trochę jej nie rozumiem.

W liceum i na studiach poza listami pisałam również około 20 stron dziennie i moje szafy pełne były zapisanych zeszytów. Czasem były to opowiadania, czasem nieudane wiersze lub niemądre zmyślone historie. Nie liczyło się co piszę, ważny był sam fakt pisania (i przy okazji bardzo dobre oceny z języka polskiego ;) ).

W Indiach powoli wracam do starych nawyków. Może nie 20 stron ale znów lubię usłyszeć dźwięk pióra przesuwającego się po kartce papieru. Brzmi jak najpiękniejsza muzyka. Zastanawiam się jak zareagowałby któryś z moich znajomych gdyby nagle dostał ode mnie odręcznie napisany list?

I tak sobie myślę, że w moim życiu wiele dobrego zaczęło się od pióra i kartki papieru. Kilka dni po tym jak się poznaliśmy, Abhi wysłał mi zdjęcie wiersza, który napisał dla mnie w pracy na zwykłej kartce w notesie. Wtedy zrozumiałam, że to mężczyzna aboslutnie stworzony dla mnie! Zatem jeśli wszystko co dobre to papier i tusz dlaczego nie podarować sobie więcej tej przyjemności?

Czy Wy piszecie/pisaliście listy? Czy w tych szalonych czasach jeszcze w ogóle używacie pióra/długopisu do czegokolwiek poza podpisywaniem dokumentów?



Although I feel good in the social media world and I am also a little old fashioned and I think that nothing is better than a pen and piece of paper. That's why I like write the posts for the blog first in my notepad with my favourite, old Parker pen.

I remember when I was in High School I loved to write and even I had a computer (and the most slow Internet on the planet) I wrote everything handwritten. For a very long time I exchanged letters with many people (lived far away or from the same class - Emily <3) and I have those letters till now! Unfortunatelly now they have been rejected by email and it's making me very sad. At the same time I understand reason (faster, easier, blah blah blah) and don't understand at all.

In High School and College I wrote not only letters but also around 20 pages daily and my closet was full of notepads written by hand. Sometimes it was a series of short stories, sometimes not good poems or silly thoughts. It wasn't important what I wrote but the fact that I'm writing! (And have very good grades from polish language class ;) ).

In India I'm slowly coming back to my old habits. Maybe not 20 pages a day but again I like to  hear the sound of my pen dancing on paper. It's sounds like beautiful music to me. And I wonder how some of my friends would react if they got a letter from me today? 

And I think that a lot of good things in my life have a beggining with pen and paper. Couple days after we met, Abhi send me a picture of the poem he wrote for me at work on a regular paper sheet. At that moment I understood that this is the man made especially for me! So if everything good is a papier and ink why not give myself more of this pleasure?

How it is with you? Are you writing / wrote letters? In these crazy times, do you still use a pen for anything other than signing documents?

Rok temu. / Year ago.

Dokładnie rok temu, 6 Maja 2016, po raz pierwszy przyleciałam do New Delhi, żeby spotkać miłość mojego życia. (Pamiętam, że moi bliscy bali się, że zostanę porwana i sprzedana :D). Nigdy nie żałowałam decyzji o podróży. Wręcz przeciwnie, była to najlepsza decyzja w moim życiu.

To był mój pierwszy tak długi i samotny lot samolotem. Stresowałam się podróżą i przesiadką w Amsterdamie (i słusznie, bo okazała się koszmarna), ale poza tym moje serce było spokojne. Spędziliśmy z Abhim tak wiele godzin na Skype, że czuliśmy się przy sobie bardziej swobodne niż niejedna para, która od pierwszych randek spotykała się w realnym świecie. Myślę, że życie na odległość (przez jakiś czas) też ma swoje plusy. Daje ludziom szansę, żeby skupić się na drugiej osobie, na to by ją odkryć i lepiej poznać. Fizyczność w te sytuacji schodzi na drugi plan.

Nigdy w życiu nie byłam tak podekscytowana. Tak bardzo się cieszyłam, że w końcu dotknę Abhiego. Nie liczyło się, że poznam zupełnie obcy mi kraj, kontynent, kulturę.

Nie potrafię wyrazić słowami tego, co czułam, kiedy zobaczyłam Abhiego na lotnisku po raz pierwszy. Okazał się być przystojniejszy niż na zdjęciach (;) ), pachniał tak, że zmiękły mi kolana, uśmiechał się najpiękniejszym uśmiechem na ziemi, a kiedy mnie przytulił...wiedziałam, że odnalazłam dom. I ciszę. I spokój.

Nie przestawaliśmy się uśmiechać całą drogę z lotniska, jego dłonie wciąż błądziły w moich włosach, dotykały mnie jakby chciały się upewnić, że naprawdę jestem obok niego. Jego głos koił każdą niespokojną myśl.

Rok temu moje serce zatrzymało się na chwilę, tylko po to, żeby zacząć bić podwójnie.



Exactly a year ago, 6th May 2016, I arrived to New Delhi for the first time to meet the love of my life. (I remember that my family was so scared that I will be kidnapped and sold :D). I never regretted my decision about this travel. Opposite, I think it was the best decision of my life.

It was my first that long and lonely airplane trip. I was stressed about travel and change in Amsterdam (and rightly so, because it turned out to be a nightmare), but beside this my heart was calm. We spend a lot many hours on Skype , that we were more comfortable with each other than people  who start dating in real life at the beggining. I think, life at a distance (for some time) has also a lot of positives. Gives people a chance to focus on the other person, to discover him/her and know better. Physical presence is less important in this situation.

I was never so excited. I was so happy that I finally will be able to touch Abhi. It doesn't count that I will also know new country, continent, culture.

I can describe by words what I felt when I saw Abhi at the airport for the first time. He turned out to be more handsome than in pictures (;) ), he smelled that nice that my knees become soft like jelly, he smiled to me the most beautiful smile on the Earth, and when he hugged me...I just knew tha I found home. And silence. And calm.

We couldn't stop smiling all way from the airport, his hands all the time wandered in my hair, touched me like he wanted make sure that I'm really there, with him. His voice resonated with every restless thought.

A year ago my heart stopped for a while only to start beat double.


Sindoor - w proszku czy płynny? / Sindoor - Powder or liquid?

Mężatkę w Indiach możecie rozpoznać z daleka. Zazwyczaj obwieszona jest kilkoma lub kilkunastoma ozdobami, które informują świat o jej stanie cywilnym. Na wielu forach i blogach przeczytałam, że cudzoziemki uważają te ozdoby za piękne i kobiece. Natomiast dla wielu Hindusek jest to rzecz niewygodna i uciążliwa (może również dlatego, że w przeciwieństwie do nich mężczyźni nie noszą żadnych ozdób. Mogą - nie muszą - mieć obrączkę ślubną jednak mężczyźni w Indiach tak bardzo kochają pierścionki i sygnety, że zazwyczaj noszą ich nawet kilka, więc tak naprawdę obrączka nie jest żadnym dowodem / symbolem, że jest żonaty).

Ja osobiście zdecydowałam się na kilka małżeńskich symboli (z własnej woli). Noszę na nadgarstkach czerwone bransoletki (do 10 grudnia - przez pierwszy rok małżeństwa), a na kostkach nóg srebrne bransoletki, które dostałam od Teściowej (całe szczęście nie brzęczą - a podstawa małżeńskich bransoletek na kostki to robienie hałasu!). Od czasu do czasu zakładam pierścionki na palce stóp, ale chociaż są piękne to również bardzo niewygodne. Jednak dwie rzeczy noszę cały czas i są one dla mnie bardzo ważne : mangalsutrę (ślubny naszyjnik zrobiony z kolczyków, które Babcia Abhiego podarowała jego przyszłej żonie ) oraz sindoor.

Sindoor to czerwony lub pomarańczowy proszek, który kobiety nakładają na przedziałek lub czoło tuż pod linią włosów. W jego skład wchodzi kurkuma, orzech betelu i wapno gaszone. Moment, kiedy nakreślam czerwony ślad na czole jest moim ulubionym w ciągu dnia. Przetestowałam dwa rodzaje sindooru. W proszku i płynny. Przede wszystkim zwróćcie uwagę, aby sindoor który kupujecie był organiczny! Chemia (związki rtęci i ołowiu) zawarta w tym nieorganicznym może powodować wypadanie włosów, infekcje czy nawet raka skóry.

Sindoor w proszku:

Jest bardzo wydajny. Małe pudełeczko za ok 50 rupii starcza na bardzo długi czas. Jeśli nakładacie sindoor palcem, powstanie dosyć duża plama, która niestety w dodatku ma tendencje do rozsypywania się po całym czole i trudno ją zmyć. Ja używam patyczka do uszu, który najpierw zamaczam w wodzie, a później aplikuję na czoło. Niestety podczas lata, kiedy upał jest trudny do wytrzymania, sindoor rozpuszcza się wraz z potem. Chcę czy nie chcę, latem, wieczorem mam na czole dużą czerwoną plamę i wyglądam jakbym zabiła w tym miejscu komara. Jeśli używać sindoor w proszku, to tylko zimą.

Sindoor w płynie:

Mój faworyt. Na rynku dostępnych jest wiele organicznych opcji. Ja używam Blue Heaven,jego koszt to 60 rupii. Jest wydajny, chociaż nie tak bardzo jak ten w proszku. Bardzo szybko wysycha i nie rozmazuje się podczas upałów. Łatwo nanieść go na czoło (buteleczka wygląda jak błyszczyk i taki właśnie ma aplikator). Idealny dla kobiet, które preferują jedynie małą kropkę, mały znak na czole. Znalazłam trzy dostępne kolory : meroon (ciemna czerwień - mój ulubiony), czerwony i pomarańczowo-czerwony.

A Wy, który sindoor wolicie? A może robicie go same? Albo w ogóle pomijacie tę tradycję?



Married woman in India can be recognized from afar. Usually she wears a few or a dozen ornaments which informs the world of her civil status. On lot of forums or blogs I was reading that foreigners love those ornaments and think that they are beautiful and feminine. On the other hand, for many Indian women all these things are uncomfortable and annoying. (Maybe also because men in India don't wear ANY ornament saying that they are married. They can - but don't have to - wear wedding ring BUT men in India LOVE rings and signets and usually have couple on fingers thats why the wedding ring is no proof / symbol that he is married.)

I decided to wear few married simbols (on my own). I wear red bangles on my hands (till 10 Decembet - for first year of our marriage), silver bracelets on anklets (present from mother-in-law and fortunately they don't make noise. And actually noise is a basic of wedding bracelets!). Sometimes I wear toes rings, but even if they beaytiful they are also not comfortable. But two most important things that I wear all the time and they are very important for me : mangalsutra (wedding necklace - mine is made from earrings Abhi's Granny gave hime for his future wife) and sindoor.

Sindoor is red or orange cosmetic powder, which a woman puts on her hair parting or forehead just below the hairline. It includes turmeric, betel nut and slaked lime. I tested two kinds of sindoor. Powder and liquid. First of all, pay attention to the sindoor that you buy that it must be organic! Chemicals in non-organic (mercury compounds and lead) can cause hair loss, infections or even skin cancer.

Powder sindoor:

It is very efficient. Small box for around 50 rupees that you can use for a very long time. If you put sindoor on your finger the mark will be pretty big and unfortunately powder tends to scatter over the entire forehead and it is difficult to wash it off. I'm using cotton ear swab, which first I put it into water, then into sindoor and then apply on my forehead. Unfortunately during the summer, when heat is crazy, sindoor gets dissolved in sweat. I want or do not want in summer, in the evening I have a big red spot on my forehead and I look like I killed a mosquito on this place. If you want to use powder sindoor - use only in winter!

Liquid sindoor:

My favourite! In the market you can find a lot of different brands which offers organic option. I'm using Blue Heaven for 60 rupees. It's efficient but not that much like the powder one. Dries very fast and doesn't smear during the heat. It's very easy to apply (looks like a lip gloss). Perfect for women who prefer only a small dot on their forehead. I found it in three colours : maroon (my favourie), red and orange-red.

And you? which sindoor do you prefer? Or do you do it yourself? Or do you skip the tradition at all?

Jak walczyć z infekcją żołądka w Indiach? / How to fight with stomach infection in India?

W Indiach w pewnym momencie przychodzi taki dzień, że dopada Cię zatrucie pokarmowe. Myślę, że nie ominie ono nikogo (a jeśli istnieją tacy szczęśliwcy to wierzcie, z wygranej z totolotka nie moglibyście cieszyć się bardziej ;) ). Co zrobić jeśli podróżujecie po Indiach np. przez dwa tygodnie i nie chcecie połowy tego czasu spędzić w hotelowej toalecie?

Możecie stosować się do rad z tego posta : (Kilka rad przed pierwszą podróżą do Indii), a być może odwleczecie chorobę jak najdalej w przyszłość (i np. spędzicie czas w toalecie w samolocie w drodze powrotnej do domu ;) ). Jednak jeśli Wasz żołądek kompletnie odmówi posłuszeństwa, nie bójcie się! Jakoś temu zaradzimy!

Branie worka leków typu Stoperan i tym podobnych z Polski nie ma większego sensu. Flora bakteryjna w Indiach jest tak różna od naszej, że polskie leki są po prostu za słabe! Przede wszystkim, pierwsza rzecz jaką powinniście zrobić kiedy poczujecie się źle jest wizyta u lekarza. (Niby oczywiste, a wiele osób unika tego jak ognia). Na pewno macie ubezpieczenie podróżne, które pokryje koszty leczenia. Lekarz przepisze Wam naprawdę dobre leki (moje zatrucie - bardzo silne - przeszło po dwóch dawkach). Nie zdziwcie się jeśli usłyszycie od lekarza żeby pić napój Limca (CocaCola Company - Hindusi uważają, że to lekarstwo na wszystko). Nie zaszkodzi spróbować, dodajcie do niego trochę różowej soli. Poza tym świetna jest też letnia woda z cytryną i solą.

Idźcie do apteki i kupcie ORS (w proszku do rozrobienia z wodą lub gotowy w kartoniku). Jest słony, więc wybierzcie opcję smakową (polecam jabłkowy). Odpowiednio Was nawodni i uzupełni brakujące mikroelementy, które tracicie podczas zatrucia. Możecie też poprosić aptekarza o jakieś leki, ale na mnie nie działały, a ostatnio dał nam proszki, które są wycofane ze sprzedaży! Zatem zainwestujcie w lekarza (nie wiem jaki jest koszt wizyty dla turystów, ja płaciłam 100 INR).

Jogurt naturalny (który tutaj smakuje bardziej jak kefir) i banany (plus ewentualnie jabłka) to wasze główne menu na najbliższe dni. Unikajcie ciężkostrawnych dań, tłuszczu i niestety uliczne jedzenie to aktualnie przyjemność nie przeznaczona dla waszych  podniebień! I zero ostrych przypraw! Jesteście na diecie ;)

Świeża woda kokosowa i papaja również nie powinny Wam zaszkodzić, po prostu próbujcie i sprawdźcie jak zareaguje Wasz biedny, zmasakrowany żołądek.

Dużo wody mineralnej to podstawa (tylko z butelek!). Pijcie ją nawet jeśli bardzo Wam się nie chce! I na pewno przeznaczcie dzień czy dwa na całkowity odpoczynek, bez wychodzenia z łóżka. Na pewno mieliście milion planów, żeby zwiedzać Indie, ale jeśli wyjdziecie na to piekielnie gorące słońce Wasz żołądek może się mścić i nie będzie to nic przyjemnego.

Pamiętajcie, że mało kto unika zatrucia pokarmowego w Indiach dlatego odpowiednio przygotujcie się do podróży, żeby zredukować problemy do minimum. Moim zdaniem, jeśli zdecydujecie się na wizytę u lekarza, po dwóch dniach będziecie jak nowo narodzeni i znów będziecie mogli się cieszyć z odkrywania jednego z najwspanialszych krajów na świecie! :)




In India there will come a moment when you will have Delhi belly (stomach infection). I think it will not leave anyone (if they are some people who never had stomach infection, belive me, it's better than winning a lottery!). What to do if you are traveling to India for esp. 2 weeks and you dont want to spend half of this time in the hotel's washroom?

You can check tips from this post (Some advices before first trip to India), and perhaps you will delay the disease as far away as possible (maybe you will just spend flight back home in the aircraft's washroom ;) ). But if your stomach refuses to obey, don't be scared! We can manage it somehow!

Taking a bag full of medicines from your country wont make much sense. Bacterial flora in India is so different than in Poland, so polish medicines are just way to weak! First of all, when you will feel bad you should visit a doctor. For sure you have travel insurance and they refund you this money.  Doctor can give you really good medicines (my infection - very bad - stops only after two portion!). Don't be suprised if doctor will tell you to drink Limca (CocaCola Company - Indians think that it is a cure for everything). It wont hurt to try, and add to this some pink salt. Water with lemon and salt is also great.

Go to the pharmacy and get ORS (Oral Rehydration Solution). It's a salty/sweet liquid pack so choose a flavour option (apple is not bad). It will hydrate you and It will replenish the missing micronutrients that you lose during poisoning. You can also ask phararmacist for some medicines but for me it wasn't good, and last time they gave us pills which are already banned from the market! Invest in the doctor (I don't know what is the cost for a visit for tourist, I paid 100 INR).

Curd (in India it tastes more like kefir) and banana (plus eventually apples) it's your main menu for the next coule of days. Avoid heavy dishes, fat, oil, and unfortunately street food is not for you right now! And zero chillies and spices! You are on diet! ;)

Fresh coconut water and papaya also should be ok, but try slowly to check how your poor stomach will react.

A lot of mineral water is a basic! (only from the bottles!). Drink it even if you are not thirsty and you are not in the mood to drink anything! For sure take rest for a day or two, and stay in the bed. I know, you had billion things plnaned for travelling around the country or the city, but if you will go out at this hellish and hot sun your stomach will take a very mean revenge.

Remember, that only very lucky people avoid stomach infection when they are in India. That's why prepare yourself to this trip to reduce problems to a bare minimum. In my opinion, if you will decide to go to the doctor, after two days you will be like a newlyborn and again you will be able to travel around one of the most amazing country on the planet :)

Piekielne lato. / Hellish Summer

Kiedy siedzę sama w dusznym pokoju i słyszę jedynie szum wiatraka, przypominają mi się sceny z amerykańskich filmów ze stacją benzynową. Albo werandą. Na werandzie, w skrzypiącym krześle siedzi mężczyzna w średnim wieku. Na głowie ma kapelusz z rondem, a na nogach kowbojskie buty. Trzyma w dłoni butelkę zimnego piwa , ale go nie pije bo śpi. Po pustej drodze wiatr popycha kłęby kurzu. Parne powietrze można kroić nożem, a atmosfera jest napięta jak struny gitary. Za chwilę stanie się coś złego.

Siedzę sama w pokoju i wsłuchuję się w dźwięk wiatraka i głośny oddech psa, który przydreptał w ciemności, żeby zasnąć w podmuchach dusznego powietrza. Bo wiatrak już go nie chłodzi, jedynie je mieli dając iluzję ulgi. Kwiecień 2017. Nowe Delhi, 42 stopnie Celsjusza. A nie jest to nawet najgorętszy miesiąc w roku. I chociaż kocham lato i od zawsze przyjaźnię się ze słońcem, to kiedy czuję jak warstwa potu pokrywa moje ciało już dziesięć minut po prysznicu, marzę jedynie o wannie pełnej kostek lodu.

Daleko mamy do morza, a duszny odór krowich odchodów i psującego się jedzenia nokautują mnie niczym Muhammad Ali. Jeszcze stoję w ringu, ale sędzia już jest gotowy żeby odliczyć do dziesięciu. Jeszcze jest remis z piekłem indyjskiego lata, ale nie jest to uczciwa walka.

Lato w Indiach jest trochę jak nieodwzajemniona, szczenięca miłość. Wzdychasz do niego, tęsknisz, wysyłasz listy i marzysz o nim, a kiedy w końcu pojawia się w progu jesteś zdezorientowany od natłoku uczuć. Bo indyjskie lato oblepia cię swoją zaborczą miłością niczym kokon.

Póki co piję zimną lemoniadę i objadam się arbuzem. Nie poddaję się tak łatwo. Nie porzuca się miłości, na którą tak długo się czekało.



 Lód z syropem. Za słodkie ale odświeżające. / Ice with syroup. Way to sweet but refreshing.

When I sit alone in a stuffy room and hear only fan tough it reminds me scenes from an american movie with a petrol station. Or porch. At the porch, in creaking chair sits a man in his middle age. He has a hat on his head and cowboy boots on his feet. He keeps in his hand a bottle of could beer, but not drinks because the man is asleep. At an empty road the wind pushes the dust clouds off. The heavy air can be sliced with a knife, and the atmosphere is tense like guitars strings. Something really bad will happend any moment.

I am sitting alone in the room and listening to the fan's noise and loud breaths of our dog who came in darkness and fell asleep in gusts of stuffy air. Because fan don't cool the air anymore, only warm air giving us an illusion of relief. April 2017. New Delhi, 42 degrees Celsius. And it's even not the hottest month in the year yet. And although I love summer and have close friendship with the Sun, but when I feel a layer of sweat covering my body ten minutes after shower I dream only about bath full of ice cubes.

Because sea is so far far away, and odor of cows dung and spoiling food knocks out me like Muhammad Ali. I'm still in the ring, but judge is ready to count to ten. It's still a draw with hell of this Indian summer, but it's not a fair fight.

Summer in India is a bit like unrequited youthful love. You sigh at it, miss it, send letters and dream about it but when it finally appears you are confused because of its intensity of feelings. Because indian summer roasts and coats your body with it's possesive love like a cocoon.

For now I drink cold lemonade and eat watermelon. I don't give up easily. Nobody gives up on love you have been waiting for so long.

Przepis na : Łodygi Kalafiora / Recipe for Gobhi ke danthal

Kalafior. Bardzo wdzięczne warzywo, które można przygotowywać na wiele sposobów (w Polsce popularny z majonezem lub bułką tartą smażoną na maśle - w Indiach paratha nadziewana kalafiorem lub aloo gobhi czyli dosłownie ziemniaki z kalafiorem). Większość z nas stosuje jedynie różyczki i wyrzuca resztę. Sama też tak robiłam!  Jakiś czas temu słyszałam, że niektórzy wykorzystują liście tego warzywa żeby zrobić zdrowe chipsy albo pesto. Jednak nie spotkałam się do tej pory z gotowaniem kalafiorowych łodyg! W Indiach są bardzo popularne, na tyle, że na targu możecie kupić same łodygi, bez różyczek i liści. Poza tym jest to warzywo bardzo często używane w indyjskiej kuchni zatem uzbieranie odpowiedniej ilości łodyg to kwestia kilku dni. Można wyczarować z nich przepyszne danie, którym chcę się z Wami podzielić. Jestem od niego uzależniona.

Łodygi kalafiora:

- 6-12 łodyg kalafiora (w zależności od grubości) - pokrojone w słupki
- 3-4 średnie cebule - bardzo drobno posiekane
- 1 łyżka pasty imbirowo-czosnkowej
- 2-3 duże pomidory - zmiksowane w blenderze
- 2 łyżki jogurtu naturalnego
- przyprawy : sól, ziarna kuminu, chilli, kolendra w proszku, garam masala, kurkuma
- garść listków świeżej kolendry

Robimy masalę czyli bazę do wielu indyjskich dań. W woku rozgrzej olej. Kiedy będzie gorący wrzuć szczyptę ziaren kuminu, a po chwili cebulę i smaż aż będzie złocista. Dodaj łyżkę pasty imbirowo-czosnkowej, a po 3-4 minutach zblendowane pomidory. Wymieszaj i po chwili przypraw masalę : solą, chilli, kolendrą w proszku i kurkumą (chilli szczypta, reszta około 3/4 łyżeczki). Wlej pół kubka wody i gotuj pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu, aż na brzegach pojawi się tłuszcz (ok 10-15 minut). Jest to idealny czas by do woka wrzucić pokrojone w słupki łodygi kalafiora (grube łodygi kroimy na 8 części wzdłuż, cieńsze na 4). Bardzo dokładnie wymieszaj je z sosem i gotuj kolejne 15-20 minut aż kalafior będzie miękki (ale nie rozpadający się! wyczujesz moment, kiedy widelec będzie łatwo wchodził w warzywo). Nadszedł czas żeby dodać jogurt naturalny i świeżą kolendrę. Zwiększ ogień i smaż około 5 minut. Na sam koniec przypraw szczyptą garam masala i gotowe!

Łodygi kalafiora możecie jeść z roti, z ryżem, z chlebem. Jako główne danie, przystawka, albo dodatek do obiadu.

Smacznego!


 my kupujemy tę pastę ale możecie ją zrobić sami. Np. z tego przepisu.We buy this paste, but you can do it yourself, eg from this recipe.
 nasiona kuminu / cumin seeds
 masala


Cauliflower : Very grateful vegetable, which we can make in many ways ( Very popular in Poland made with mayo or with bread crumbs fried in butter. In India stuffed in parathas or aloo gobhi which means potatoes with cauliflower). Most people only eat the cauliflower heads and throw the rest. I also did that! Some time ago I heard that some people use cauliflower leafs to make healthy chips or pesto. But I never heard before about boiled stalks! They are very popular in India, you can buy only stalks in the market, without rest. Besides this vegetable is very popular in India and cooked very often so you can have enough stalks after few days. You can charm out delicious dish I want share with you. I'm addicted to it.

Gobhi ke denthal:

- 6-12 cauliflower stalks (depending on the thickness) - cut into bars
- 3-4 medium onions - finelly choped
- 1 tablespoon of ginger-garlic paste
- 2-3 big tomatos - blended
- 2 tablespoon of curd
- spices : salt, cumin seeds, chilli, coriander powder, garam masala, turmeric
- bunch of fresh coriander

First, the masala - base for many indian dishes. Heat oil in wok. When hot put pinch of cumin seeds and after 30 seconds chopped onion and fry until brown. Add a tablespoon of ginger-garlic paste and after 3-4 minutes blended tomatos. Mix well and put spices : salt, chilli, coriander powder and turmeric (chilli only a pinch, rest around 3/4 teaspoon). Add half a glass of water and boil covered, mixing sometime, untill oil will show on the sides (after 10-15 minutes). It's time to add cauliflower stalks chopped  into bars (Thick stalks we cut in 8 pieces, thin in 4). Mix veggies with masala and boil another 15-20 minutes until stalks will be soft (you will see the moment when you can put fork into it easly). When stalks are ready, add curd and fresh coriander. Increase the flame and fry for 5 minutes. In the end add a pinch of garam masala and your dish is ready!

Gobhi ke danthal can be served with roti or rice or bread. It can be a main dish, appetizer or dinner add-on. 

Enjoy!

Jak w domu. / As at home.

Wielokrotnie powtarzałam, że w Indiach mieszka mi się całkiem dobrze i nic się nie zmieniło.

Jednak czasem tęsknię za Polską, co jak podejrzewam, jest zupełnie naturalne. Brakuje mi tego, że wychodzę ze sklepu i mogę swobodnie porozmawiać ze sprzedawcą po polsku. W każdej chwili mogę pojechać do Kazimierza Dolnego (mojego absolutnie najukochańszego miasteczka w kraju). Mogę też pojechać do Trójmiasta gdzie mam rodzinę i znajomych i wypić piwo albo trzy i tańczyć do białego rana. Albo porozmawiać z Mamą przez telefon bez zmartwienia, że Internet słaby i ciągle coś przerywa.

Minie trochę czasu zanim znajdę tutaj swoich własnych znajomych (wiadomo, że póki co choćbym nie wiem jak dobry miała kontakt z ludźmi są to przede wszystkim znajomi Abhiego) i zanim poczuję się w tym nowym kraju zupełnie swobodnie. Są to raczej drobiazgi, które nie psują mojego pobytu w Indiach, ale które czasem dopadają w najmniej oczekiwanym momencie. Tęsknota.

Zastanawiam się kiedy przychodzi moment, że na obczyźnie zaczynamy czuć się jak u siebie w domu. Czy ten stan przychodzi naturalnie czy wymaga wiele pracy i wysiłku? Obserwuję całą masę różnych blogów i widzę ludzi, którzy wyemigrowali i w obcych krajach mieszkają od lat czy dziesięcioleci. Czy czują się tam jak u siebie? Czy czasem przychodzi moment tęsknoty za ojczyzną i rezerwują wtedy bilety na samolot do domu? Czy to nadal jest ich dom, skoro rodziny założyli w zupełnie innych krajach? Jak to jest z tym domem? Jeśli twój dom jest tam gdzie twoje serce czy oznacza to, że domów mamy wiele?

Co Wy, mieszkający na obczyźnie od lat, nazywacie domem? I jak dużo czasu zajęło Wam oswojenie z nieoswojoną ziemią?

Biała Podlaska / My hometown Biała Podlaska, Poland
 Moje serce / My heart

I repeated many times that I like to live in India and I feel pretty good here and nothing changed.

But, of course, sometimes I miss Poland, and I guess it's quite natural. I miss that I can't go out to the shop and can talk freely with the seller in Poilsh. Or anytime I can just pack my bagpack and go to Kazimierz Dolny (my faourite and the most beautiful town in Poland). Or I can go to Gdańsk where I have family and friends and I can go out and drink beer or three and dance till the morning. Or talk with my mother on the phone without any connection issues because wi-fi is weak.

It will take some time before I will find here my own friends (even if I have good connection with people here they are still Abhi's friends and not mine) and before I will feel  comfortable in my totally new country. These are trifles, and they are not spoild my life here but sometimes catching me in moment when I don't expect it. Longing.

I wonder that when this moment in new country we feel totally like at home will come? It is a natural process or we must work on it and put a lot of effort for this? I follow a lot of blogs, and I see people who live abroad for many years or even decades. Do they feel they are  at home? Do they have this longing moments and what they are doing about that? Book tickets to home? It is still their home if they made their families in totally different countries? How is it with this home? If your home is where your heart is then that means you have a lot many homes?


What you people living abroad for years, call your home? How much time you took to  tame the untamed heart?